Joanna Chmarzyńska- Golińska „Szczelina, we wszystkim jest szczelina. Którą dostaje się światło..”
Donald Winnicott (2011) w artykule „Lustrzana rola matki i rodziny w rozwoju dziecka” zakłada, że niemowlęce doświadczenie istnienia Ja, opiera się na byciu widzianym.To, co widzi matka gdy patrzy na swoje dziecko ma kluczowe znaczenie. To, jakimi oczami patrzy, co te oczy w życiu wcześniej widziały, kto tym oczom w oczy patrzył, to wszystko może tworzyć unikalne pryzmaty. Niektóre z nich mogą działać jak lustro, inne mogą coś załamywać pod jakimś kątem, a jeszcze inne oczy mogą potrzebować, by na nie zareagowano, zanim same będą zdolne widzieć.
Być widzianym, być rozpoznanym, to być powołanym do istnienia. Reakcja matki - jej uśmiech, jej zatroskanie, żywy wyraz twarzy - wszystko to oznacza, że niemowlę jest w stanie wywołać emocjonalną reakcję. Istnieje, bo mogę wywołać reakcję. Przychodzi mi na myśl scena z filmu „Pachnidło”. Wprawdzie nie wzrok, bo węch grał tu główną rolę, ale widzimy jak bohater - odrzucony przez matkę tuż po porodzie - odkrywa, że nie ma zapachu i nawet psy mijają go obojętnie. Zatem nie być widzianym, to jakby nie istnieć - szczególnie w najwcześniejszym okresie życia. Wielka to rola opiekuna, szukać w sobie świeżości patrzenia na własne dziecko, z miłością widzieć jego właściwości, zbierać i łączyć elementy jego żywości, przekształcać coś surowego, w coś „możliwego do strawienia”. Wielka to rola, poprzez setki takich sekwencji, powoływać dziecko do psychologicznych narodzin. A jest co widzieć, jest co pomieszczać - bo pierwotne stany umysłu niemowlęcia, to chaotyczne, zmysłowe pobudzenia, afekty, jakieś pierwociny myśli, nie powiązane w całość, a dla samego niemowlęcia pozbawione znaczenia i grążące mu bezkształtną nieskończonością.
"Te niezróżnicowane afekty stopniowo dojrzewają i różnicują się w relacji do opiekunów, którzy wspomaga proces ich „metabolizacji, uczestnicząc w identyfikowaniu, nazywaniu i interpretowaniu doświadczeń niemowlęcia” (Kalsched 2015, s. 148).
Dam prosty i pozytywny przykład - powiedzmy, że dziecko jest radośnie pobudzone, uśmiecha się, trzyma kontakt wzrokowy, gaworzy do mamy, a mama w reakcji na te spontaniczne gesty dziecka, uśmiecha się również, robi śmieszne miny, jej ton jest radosny i z błyskiem śmiejących się oczu mówi „kto się tak cieszy, kto jest taki radosny, komu tak rączki i nóżki ruszają się żwawo - o tak, to mój synek mały, smyk wesoły”. Dzieci zwracają się do opiekunów we wszystkich stanach, w „rozproszonych kawałkach”, z całą siłą swojej bezradności i zależnościowych potrzeb, z ogromną potrzebą bycia kochanym, z lękami, z impulsami - również z agresją, zachłannością, zazdrością i ze wszelkimi bólami wzrostowymi. To wszystko, jak w kalejdoskopie, dynamicznie zmienia konfiguracje i tworzy - przeciążające niedojrzały układ nerwowy dziecka - napięcia. Psychoanalityk jungowski Donald Kalsched uważa, że pobudzenia somatosensoryczne i afektywne u niemowląt są bardzo wysokie - nazywa je energiami archetypowymi.
Energia archetypiczna posługuje się wysokimi napięciami powiedzmy, że 44o woltów i żeby ją włączyć w świadome ludzkie ego, trzeba zredukować to napięcie do 22o woltów, łatwiejszych do opanowania. Przemiana ta dokonuje się poprzez ludzkie relacje (Sieff, 2015, s.44).
Dziecko, żeby się rozwijać, żeby pozostać w dobrych napięciach, które będą właściwą energią do uruchomienia potencjału integracyjnego, potrzebuje oddać część swojego napięcia, zawartą w surowych, nieprzetworzonych wrażeniach zmysłowych i emocjonalnych. Potrzeba tu opiekuna, który jest w otwartości na pobudzenia dziecka, który może poddać się doznaniom płynącym od dziecka, może przeżywać i myśleć własne dziecko. Tak rozumiem Wilfreda Biona - „reveire”1 albo Donalda Winnicotta „macierzyńskie zaabsorbowanie”. Opiekun na drodze rezonansu emocjonalnego odbiera i odczytuje różne pobudzenia niemowlęcia - lęk, dyskomfort, naglące potrzeby itd. Bierze te afektywne stany w siebie, nie odreagowuje ich, pomieszcza, odkodowuje i tworzy z tego adekwatną odpowiedź na moment dziecka. Można też powiedzieć, że chodzi tu o żywy kontakt, o responsywność emocjonalną, która stanowi funkcje pośredniczącą i przewodzącą, poprzez którą opiekun - nie tylko bierze od dziecka nadmiar napięcia, ale też jest receptywny na sygnały w nim zawarte. Tak samo, jak zadaniem opiekuna jest trzymać dziecko w ramionach, nie upuszczać, dostarczyć pokarm, który jest ono w stanie przyswoić, tak również, zadaniem jego jest poddać „obróbce” surowe, niespójne pobudzenia niemowlęcia. Te „nieprzetrawione" dane, Wilfred Bion nazwał elementami beta. Muszą one zostać przetworzone przez funkcję alfa, czyli proces umysłowy, aby mogły stać się elementami alfa, czyli formą reprezentacji doświadczenia, która może być przechowywana w pamięci, może być pomieszczana i stanowić podstawę/energię do myślenia, uczenia się i komunikowania się. To opiekun - za pomocą rozumienia zawierającego zarówno elementy emocjonalne, jak i poznawcze - przetwarza elementy beta w elementy alfa, obniża tym samym zbyt duże napięcia niemowlęcia do poziomu, który staje się właściwym wewnętrznym środowiskiem do integracji.
„Żeby niemowlę mogło odkryć, co czuje, musi to widzieć odzwierciedlone przez matkę” (Philips, 2013, s.159)
W „lustrzanej” roli opiekuna nie chodzi tylko, o patrzenie - chodzi o „widzę cię” wszystkimi zmysłami, które przekazują dane do umysłu opiekuna i tam tworzona jest z nich mentalna reprezentacja. Opiekun pośredniczy - jest to proces mediacji - pomiędzy surowymi pobudzeniami niemowlęcia a możliwością stworzenia z nich reprezentacji mentalnej - uczuć, myśli i możliwości komunikowania tego słowami. Winnicott nazywał ten proces personalizacją, że oto matka w setkach albo i tysiącach sekwencji odczytuje swoje dziecko, a wtedy zapoznaje dziecko z samym sobą.
Zaś jeżeli matka jest zaabsorbowana czymś innym, wówczas niemowlę, które patrzy na nią, będzie widziało jedynie to, co ona czuje.” (Philips, 2013, s.159)
W „Lustrzanej roli matki..” Winnicott cytując swoją pacjentkę, pyta:
„Czyż nie byłoby straszne, gdyby dziecko patrzyło w lustro i nic nie widziało?”(Winnicott, 2011, s. 116)
Rzeczywiście, byłoby straszne, bo niemowlę poszukuje własnego Ja w twarzy matki. Spojrzenie jakim matka obdarza dziecko, jej uśmiech i błysk w jej oku, dają dziecku znać, że ono istnieje, że jest godne matczynej reakcji, że jest warte miłości. To trochę tak, jakby matka widząc swoje dziecko, powoływała do istnienia, to, co już tam jest, ale co potrzebuje być wyłonione dzięki temu, że ktoś patrzy, dostrzega, zauważa i kieruje tam swoją uwagę - jak światło latarki, które oświetla i wydobywa coś do ukazania się. Z drugiej strony, może mieć miejsce trudna sytuacja, gdy opiekun przez wzgląd na to, co w nim jest - np lęk, gniew, dysregulacje, tryb przetrwania - walkę, ucieczkę, zamrożenie - które promują percepcję pod kątem poszukiwania zagrożenia, nie może patrzyć spokojnie, łagodnie, z możliwością cieszenia się dzieckiem. Z empatią pochylam się nad stanem emocjonalnym rodziców pozostających w kryzysie życiowym, przeżywających utraty, żyjących w czasach niepokoju czy wojny, jak również rodziców, którzy pozostają pod wpływem urazów emocjonalnych z własnego dzieciństwa, bo to potrafi rozbić funkcję lustra w ich oczach. Przypomina się Kaj z baśni „Królowa Śniegu” Hansa Christiana Andersena i złośliwy czarownik, który stworzył lustro, które zniekształcało rzeczywistość, a po jego rozbiciu odłamki wpadające do oczu i serc ludzi sprawiały, że wszystko wyglądało brzydko i strasznie.
Tak, jak wskazuje Winnicott, gdy opiekun „zaabsorbowany jest czymś innym” (co rozumiem również jako bycie w rejestrach zagrożenia), gdy opiekun patrzy oczami, które patrzą do środka siebie - we własny smutek czy lęk, to pojawia się trudna dla dziecka sytuacja braku odzwierciedlenia. Lustro może być puste - gdy opiekun nie reaguje i zachowuje „kamienną twarz” albo lustro może być zniekształcające, gdy opiekun widzi w dziecku swoje niebezpieczne cząstki. Prawdopodobnie, gdy opiekun cierpi psychicznie, mogą mieć miejsce obie wersje naprzemiennie. W kontekście lustra zniekształcającego, ciekawe jest to, co przywołuje Judith Pickering, w książce „Kochać”, a mianowicie, że Pablo Picasso mówił o niszczycielskiej naturze spojrzenia patrzącego a dla Sartre, „sama zdolność innego do patrzenia na niego tworzy kanał odpływowy w środku jego bytu”(Pickering, 2025, s.327).
John Bowlby pisał, że to, „czego nie można pokazać matce, nie można pokazać też sobie” - czyli, że dojść może do odrzucenia czy nie poznania tych aspektów siebie - uczuć czy potrzeb - które nie znalazły odzwierciedlenia u opiekunów. Dziecko rozwija relację z własnymi potrzebami i uczuciami w taki oto sposób, że to, co opiekun uznaje, dopuszcza i do czego się dostraja, to zostaje zintegrowane w spójne self. Natomiast jeśli opiekun nie potrafi pomieścić pełnego zakresu doświadczeń, to dziecko zmuszone jest dysocjować wiele aspektów siebie, własnych uczuć i potrzeb, które nie znalazły przyjęcia. Wówczas „…niezintegrowane części self niemowlęcia tracą kontakt z procesem rozwojowym, który je łączy, dryfują jak gdyby gdzieś w nieznane, choć wciąż są na orbicie self” (Philips, 2013, s.106). Myślę, że dryfujące na obrzeżach self, pogubione i niepoznane cząstki siebie, będą poszukiwały bycia zobaczonym i rozpoznanym. Może nawet - uporczywie nie będą ustawały w wysiłkach, by przebić się na światło dzienne i móc oddać się w czyjeś widzenie. Te cząstki, często bywają śladami po cichej traumie braku odzwierciedlenia i wymagają przekształcenia integrującego w naczyniu relacji z widzącym i czującym innym. Potrzeba bycia widzianym i emocjonalnie odzwierciedlonym istnieje tak długo, jak żyjemy. Na każdym etapie życia reagujemy bólem, gdy ktoś nas nie widzi, albo gdy „widzi nas” poprzez zniekształcenia własnych projekcji - to nas odrealnia. Również na każdym etapie życia potrzebujemy być odnalezieni przez dostrzeżenie nas. I myślę, że może się to wydarzyć. Jednak trzeba tu akcentować jakość możliwego do pozyskania odzwierciedlenia. N. Symington pyta:
„Czy rozmowa w późniejszym okresie życia z kimś, kto nie jest matką, może wzbogacić potencjał emocjonalny - podlać ziarno lub naprawić szkody? i odpowiada: „Pracuję obecnie nad hipotezą, że rzeczywiście jest to możliwe: jeśli dorosły zapewnia innemu dorosłemu ten sam element, który matka daje swojemu dziecku, osoba, która go otrzymuje, rozwija się konstruktywnie” (Symington, 2025, s.87 i 89)
Rozmowę, rozumiem tu, jako bycie dostrzeżonym przez kogoś, kto jest w otwartości na nasze emocje, które są jednostkami owej komunikacji.
Poszukiwany jest widzący i czujący, by zagubione cząstki w obliczu jego odzwierciedlenia znalazły drogę do reintegracji. Bo taka miała być pierwotna rola opiekuna - patrzeć, czuć, responsywnie rezonować, rozpoznać - a to, co w ten sposób zostanie zebrane, miało być zakomunikowane dziecku, niejako naniesione na dziecko. Symington postuluje, by dorosły zapewnił innemu dorosłemu ten sam element. Chodzi o to, by psychoterapeuta mógł ze spokojem pomieścić proces rozluźnienia obron i konieczności przebywania jakiś czas w stanie niezbędnego rozpadu, w którym niezintegrowane cząstki dotąd „przebywające gdzieś na orbicie self” mogły zostać zintegrowane. Nie jest to łatwy czas - ani dla osoby w procesie, ani dla terapeuty - bo choć taki stan ma aspekty rozwojowe, to gdy coś zaczyna się „topić i osuwać”, to przez przez chwilę wygląda to naprawdę dziwnie i „nietwarzowo”. I wtedy potrzeba by psychoterapeuta nie odwracał wzroku.
„Zjawiska muszą być przyjmowane do duszy, aż nie nastąpi moment przekształcenia. (…) Sama czynność, jaką stanowi wpatrywanie się jest niezbędna, by zapalić iskrę w silniku przekształcającym. (…) Tym, co z pewnością uniemożliwia jakiekolwiek zapalenie tej iskry, jest sytuacja, w której psychoanalityk, zamiast angażować się w tę aktywność, zajęty jest stosowaniem jakiegoś modelu” (Symington, 2025, s.120)
Odnajduję w tym, taki rodzaj wpatrywania się, który kojarzy mi się do dziecięcej techniki patrzenia - świeżym okiem, bez oceny i bez kliszy. Bo dorośli - tak czasem bywa, że widzą, to co chcą zobaczyć albo to, co przyzwyczaili się widzieć, bo ich mechanizmy postrzegania zostały już skonfigurowane albo obarczone osobistym bielmem cierpienia. Ale zobaczyć od początku, świeżym okiem - oto jest wyzwanie. I jeszcze jeden aspekt wiedzenia - być może o to najbardziej mi chodziło - bo jeśli zakładamy, że dziecko czy pacjent widzą siebie oczami innych, jeśli to jest droga do zinternalizowania miłości i godności własnej, to czy spojrzenie opiekuna czy psychoterapeuty nie powinno zawierać miłości? Tak jak wskazywał Sandor Ferenczi: „Jeśli analityk potrafi podejść do fragmentacji i rozpadu z miłością, tworzy środowisko, w którym z czasem może zrealizować się odbudowa” (Robinson, 2023).
Poczynię teraz pewną dygresję, bo gdy powróciłam do „Lustrzanej roli matki..” Winnicotta, to zatrzymał moją uwagę pewien wątek. Winnicott wspomina w nim o pacjentce, która interesowała się malarstwem Francisa Bacona. Był on wybitnym malarzem brytyjskim, czołowym przedstawicielem malarstwa figuratywnego, a także sztuki egzystencjalnej i nurtu ekspresjonistycznego. Początkowo ulegał wpływom surrealizmu, kubizmu – szczególnie Pabla Picassa. Swój własny styl ukształtował po 1950 r. Był samoukiem i przeciwnikiem abstrakcjonizmu w sztuce.
Pacjentka Winnicotta opowiedziała mu, że Bacon lubił, gdy jego obrazy były pod szkłem. Chciał, by ludzie patrzący na jego obraz, widzieli w nim również siebie. Pomyślałam najpierw, że Bacon uwzględnia widza, że zaprasza go, by ten dołączył do obrazu. Tak, ale co jeszcze mogło kryć się za taką jego potrzebą? Czy mógł chcieć, by widz przejrzał się w jego dziele? Czy mógł chcieć, by widz był częścią jego dzieła? Albo by temat obrazu nałożył się na odbicie widza w szybo - lustrze? Czy zapraszał widza, by ten prócz obrazu, zobaczył swoją własną reakcje na obraz? A może zupełnie inaczej, może stała za tym pewna potrzebująca fantazja - może Bacon identyfikował się ze swoim dziełem i chciał zobaczyć się w twarzy widza? Jakby mógł patrzeć ze swojego obrazu i zobaczyć swoje motywy odzwierciedlone w twarzy Innego, podzielić je z kimś, zaprosić do swojego wewnętrznego świata, do najgłębszych miejsc, jakie w człowieku mogą być - w nadziei na bycie w tym dostrzeżonym.
”Dzięki ekspresji artystycznej możemy mieć nadzieję na zachowanie kontaktu z naszym pierwotnym self, skąd pochodzą nasze najsilniejsze uczucia, a nawet budzące swoją intensywnością lęk wrażenia…” (Phillips, 2013, s.105)
Latem, będąc w londyńskim Tate Britain, mogłam posiedzieć przed obrazami Bacona. Weźmy na przykład Autoportret Bacona. Nie rozumiałam go, więc przewrotnie postanowiłam się mu przyglądać. Niektórzy mówili, że to zdeformowana twarz, jakby na oślep i przypadkowo zlepiająca jakieś rozerwanie. Niektórzy mówili, że to kolory gnijącego ciała, że to może o starości czy śmierci albo o chorobie psychicznej. Jeszcze inni, że to surowe mięso, że to otwarte w niemym krzyku usta, symbolizujące egzystencjalny ból. Inni, że to mroczna i niepokojącą estetyka, która skupia się na ludzkim cierpieniu, udręce oraz izolacji. Nie twierdzę, że to niewłaściwa perspektywa, jak najbardziej może być właściwa - nawet chcę podreślić, że raczej nie ma niewłaściwej perspektywy i najlepiej żeby każdy spotkał się z tym, czy innym obrazem po swojemu. Jeśli o mnie chodzi, to moje wrażenia były łagodne, a nawet czułe, było coś niezgrabnego, nieporadnego, ale szczerego i prostolinijnego w tej twarzy. Może jakieś poczucie zakłopotania, bezbronności, niewinności, może prośby o coś? A może coś w stylu - jestem skrępowany sobą, coś mi się przytrafiło, ale czy mogę prosić o uwagę i przyjęcie. I to lekkie przechylenie głowy - jak u małego psiaka, który patrzy w oczy i próbuje pozyskać zrozumienie kogoś, kto porozumiewa się w innym języku. Postanowiłam wpatrywać się dalej - odrzucając wszystko, co usłyszałam na temat tego obrazu wcześniej. Nie miałam poczucia, że to jest zniekształcone, jeśli już - to raczej, że coś tu jest w fazie przekształcania czy wykluwania. Czyli, że może ma tu miejsce coś na kształt dezintegracji pozytywnej (K. Dąbrowski), gdy pewna struktura ulega dekonstrukcji, i ma miejsce rozluźnienie dotychczasowej formy, dzięki czemu powstaje szczelina, z której coś się wyłania.
„To, co wewnętrzne, jest nieuformowane, znajduje się w stanie chaosu, stanowi ziarno, które zawiera dorosłą formę, ale w stanie ściśniętym, ciemnym i ukrytym. Pcha się jednak, jak nasiono, do wzrostu, do nadania formy temu, co bezkształtne” (Symington, 2025, s. 62)
Czy jesteśmy gotowi szukać czegoś żywego wpatrując się w szczelinę, która wyglada jak rozpad? Więc, gdy wpatrywałam się uporczywie w Autoportret Bacona, to zobaczyłam coś, co rozjaśniło mi oblicze. Dostrzegłam to w szczelinie, w miejscu nieobecnych ust i były to sympatyczne, młode zwierzątka - mały jeż, ptaszek z puchatym łebkiem i wąskim dziobkiem, okrywający się własnym skrzydłem i jeszcze zawadiacko zadarty pyszczek nietoperza. Maluchy tłoczyły się onieśmielone, jakby dopiero się wykluły i nie były jeszcze gotowe wyłonić się do zewnętrznego zaistnienia. I jeszcze ten wrzosowy kolor, podmyty tu i ówdzie ludzką cielesnością, jakby coś odmarzało. Hmm, powariowałam? Przecież nigdy nie wiadomo, czy gdy patrzę, to widzę coś, co tam jest, czy może jednak patrzę i dokonuję projekcji czy fantazjowania. I gdy - w tym przypadku, widzę jakieś żywe, sympatyczne istoty, będące na początku swojego rozwoju, kryjące się w szczelinie pękniętego autoportretu - to czy jest to prawidłowe widzenie? Nie wiem tego, ale po pierwsze - może mój lęk jest odbiciem uniwersalnego ludzkiego lęku, dotyczącego zdejmowania z siebie przyjętych konwencji, tego co zostało już ustalone, co wiedzie prym i czasem paraliżuje możliwość widzenia po swojemu. Po drugie, psychoanalityczka jungowska i tłumaczka Małgorzata Kalinowska, gdy podzieliłam się z nią takim moim widzeniem, powiedziała mi, że w analizie jungowskiej nazwalibyśmy to aktywną wyobraźnią - że spotyka się obraz i jest się otwartym na jego przekształcenia w wyobraźni, zachowując świadomą interakcję z nimi, ale nie ingerując intencjonalnie, że to takie przetwarzanie, które daje przestrzeń nowemu symbolowi, który łączy, to co do tej pory nie uzyskiwało mediacji. Mówimy wtedy, że działa funkcja transcendentna, możliwe jest wyjście poza przeciwieństwa, pojawia się nowe rozwiązanie, którego wcześniej nie było (rozmowa prywatna). I po trzecie, do pytania czy widzę prawidłowo, można podejść pragmatycznie. Moja fizjoterapeutka, mówi, że to czy dana metoda jest właściwa, czy dany dotyk jest pomocny, „poznamy po owocach” - a mianowicie po polepszającej się kondycji danej osoby. I tu trochę podobnie - pocieszam się, że nawet gdy nie jest łatwo rozpoznać jakimi pryzmatami patrzę na człowieka, albo jakimi oczami patrzą na pacjentów superwizanci, to jednak mogę zobaczyć skutki tego patrzenia. I wiem, że istnieje taki rodzaj patrzenia i dostrzegania, który powołuje do życia, dodaje odwagi i który umożliwia pozostawać komuś swobodne w stanie zabawy.
„Bawienie sprzyja bowiem rozwojowi, a zatem także zdrowiu; wprowadza w życie grupowe; może być formą komunikacji w psychoterapii; na koniec można powiedzieć, że psychoanaliza rozwinęła się jako wysoce wyspecjalizowana forma bawienia się, pozostająca w służbie komunikacji jednostki ze sobą i z innymi ludźmi ”(Winnicott 2011, s.68)
Potrzebuję uczyć się patrzeć tak, by człowiek mógł być w trybie istnienia, swoich naturalnych gestów - darów, którymi komunikuje siebie prawdziwego. Szukam w sobie takiego rodzaju obecności, takiego rodzaju widzenia, w którym mogę w końcu zobaczyć i poczuć, że osoba w moim towarzystwie wchodzi w stan pewnej wolności, zaciekawienia sobą, swobodnego przepływu myśli, a nawet radości z powodu bycia sobą.
Osoba, która w związku ze swoim cierpieniem szuka pomocy, choć może nie wie tego świadomie, to jednak śmiem ująć to tak, że dość często chce podjąć ryzyko osłabienia zbroi własnych obron, chce emocjonalnej prawdy i bliskości z samym samą. Dlatego osobiście, potrzebuję być uważna, żeby skądinąd słuszne interpretacje, nie sprowadzały tych istotnych potrzeb wyłącznie do ich analizowania. Wgląd jest ważny, ale równie ważne jest naprawcze doświadczenie relacyjne. Oczywiście, psychoterapeuta ma być odpowiednio wykształcony i uczyć się ustawicznie, ma orientować się teoretycznie, utrzymywać profesjonalną granicę pomiędzy sobą i pacjentem. Ważne jest zaangażowanie, pomieszczenie, empatyczne słuchanie, wnikliwość, mądrość, troska - bo to wszystko wspiera integrację i rozwój. Rozumiem również, jak ważne jest znalezienie drogi pomiędzy empatią, współczuciem a konfrontacją. Jednak krążę wokół takiej zmiennej, trudniejszej do uchwycenia, albo może nie tyle trudnej, co kłopotliwej, bo może nie przynależącej do profesjonalnych kompetencji i jest to czynnik „lubienia”. Zadaje sobie pytanie - czy lubię osobę, która jest w terapii, czy mogę obdarzyć ją autentycznym ciepłem spojrzenia i uśmiechu, oraz - czy mogę dostrzec w niej potencjał twórczy ? Obawiam się, że bez życzliwej sympatii oraz własnej żywotności i witalności, mogę mieć problem, by patrzeć przez czyjeś wewnętrzne rozpadlino-szczeliny i dostrzegać światło, które próbuje się przez nie przebić.
„Poprzez rozmowę z drugim ten, kto cierpi i sam przyprawia innych o cierpienie, jest w stanie tworzyć obrazy, dzięki którym może czynnie objąć znienawidzone elementy wewnątrz siebie. Kiedy zostaną one przyjęte, zmienią swoją naturę. Poprzez komunikacje z drugim przechodzą one przez wewnętrzne, przekształcające „dynamo”. Jest ono niejako naładowane, dzięki czemu może wykonywać swoją pracę. (Symigton, 2025, s. 165)
A czytelnika zapraszam do odczytania tego, co powyżej na swój unikalny sposób :-)
Bibliografia:
Bion, W. R. (2011). Uczenie się na podstawie doświadczenia (D. Golec, Tłum.). Oficyna Ingenium.
Bowlby, J. (2020). Przywiązanie (M. Polaszewska-Nicke, Tłum.). Wydawnictwo Naukowe PWN.
Dąbrowski, K. (1964) Dezintegracja pozytywna. Państwowy Instytut Wydawniczy
Kalsched, D. (2015). Wewnętrzny świat traumy: Archetypowe obrony Jaźni (M. Kalinowska, Tłum.). Zysk i S-ka.
Phillips, A. (2013). Winnicott (A. Czownicka, Tłum.). Wydawnictwo Imago.
Pickering, J. (2025). Kochać: Terapeutyczne ścieżki ku miłości (I. Magryta-Wojda, B. Suchańska i D. Jarzombkowska, Tłum.). Oficyna Wydawnicza Fundament.
Robinson, K. (2023, październik 06). Dostosowanie analityka do pacjenta: Hołd dla Ferenczi’ego w 150 rocznicę jego urodzin. [wykład otwarty]. Polskie Towarzystwo Psychoterapii Psychoanalitycznej. Warszawa, Polska.
Sieff, D.F. (2017). Jak uporać się z naszą traumą (M. Chojnacki). Wydawnictwo Charaktery.
Symington, N. (2025). Rozmowa, która uzdrawia: Jak przebiega leczenie (B. M. Puk, Tłum.). Instytut Studiów Kulturowych Raven.
Wallin, D. J. (2011). Przywiązanie w psychoterapii (M. Cierpisz, Tłum.). Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Winnicott, D. W. (2011). Zabawa a rzeczywistość (A. Czownicka, Tłum.). Wydawnictwo Imago.
1
„Reverie”
to angielski termin, w
psychoanalizie odnosi się do stanu umysłu receptywnego na
nieświadome sygnały drugiej osoby.
Tytuł artykułu: Leonard Cohen - Anthem - fragment tekstu utworu
Joanna
Chmarzyńska-Golińska
- certyfikowana psychoterapeutka psychoanalityczna z 25 letnim
doświadczeniem, superwizorka i terapeutka szkoleniowa Polskiego
Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej; superwizorka Pomorskiej
Fundacji Psychotraumatogii; uczy w Psychoanalitycznej Szkole
Psychoterapii w Trójmieście.
Mieszka i pracuje w Gdańsku.
Komentarz Elżbiety Sali-Hołubowicz "Początek świata"


Artykuł o szczelinie... o świetle które się przez nią wdostaje ... by rozwietlić ciemne... by rozjaśnić to co ciemne... to co niewidoczne było... w ukryciu pozostawione... dlaczego? Bo w samotności, we wczesnej samotności naszego wyrastania, ciemność wydaje się nie do zniesienia... pozostawiamy ją taką jaka jest? A może się rozrasta... zasilana naszą fantazją o tym co tam może być... grozi swoją surowością... straszy i wylęka... dopiero obecne uważne oko a za nim mocna ciepła obecna dłoń, które trzymają i towarzyszą... i nie opuszczą cię w tym intymnym spotkaniu w szczelinie z ciemnością... hmm... można poczuć troskę... uważność i zaangażowanie Drugiego... dwa umysły razem a jednak w swojej odrebności... intymne głębokie spotkanie w obecności w ciemności... w szczelinie ogrzewanej światłem Drugiego Umysłu... wymiany, połączenia i rzeczywistej obecności, widzenia się wzajemnie... integrujacę doświadczenie myśl i uczucie... bojaźń i ból istnienia... przekształcające to co za surowe i ostre, obce...w to co po prostu jest, tam, w środku...coś o mnie? i o tobie?
OdpowiedzUsuńHmm... światło w szczelinie... wzrastanie w byciu we wzajemnym >widzę cię <...