Michał Knapiński, O nowości: psychoanaliza, sztuka i szkorbut
Na początku studiów, dzięki ówczesnej dziewczynie, która studiowała architekturę, poznałem sporo młodych, aspirujących artystów. Często głowili się nad problemem, który z niejaką nonszalancją, ale też grozą w głosie rzucali im pod nogi wykładowcy: jak wymyślić coś nowego w sztuce, skoro wszystko już było? Motyw śmierci, życia, kary, nagrody, zdrady…można by wymieniać wszystkie ludzkie emocje, fazy życia i doświadczenia. Na każdy z tych elementów znajdzie się przynajmniej jeden twórca lub cała epoka, która zajmowała się tym zagadnieniem bardziej szczegółowo. A jednak, oczekujemy od sztuki, że czymś nas zaskoczy, wniesie coś nowego i innego. Jedna z największych obelg, jakie można wymierzyć w artystę to powiedzieć o jego dziele „brakuje mu oryginalności”. W pewnym momencie życia zainteresowałem się fotografią, sięgnąłem więc po cyfrowy kurs, pamiętam, że fotograf prowadzący go podsumował, czym jest według niego dobre zdjęcie. „Musi być tam coś pięknego lub coś nowego, a najlepiej oba”. Indywidualni artyści szukają różnych odpowiedzi na to pytanie, są też całe trendy – obecnie w architekturze, np. na Universität der Künste Berlin, promuje się coraz silniej nie budowanie, ale przebudowywanie, renowacje, dawanie miejscom drugiego życia. Kościół może stać się muzeum, stara zajezdnia klubem itd.
Po co nam jednak ta nowość? Musi być w sztuce czy w samym uczuciu nowości coś, co nas przyciąga i sprawia, że sztuka nie daje się rozdzielić od naszego gatunku. Towarzyszy nam ona od początku cywilizacji, a wcześniej - można jedynie snuć przypuszczenia, że wraz z użyciem narzędzia (oraz funkcji symbolicznej; co ciekawe, narzędzia i symbol mogą mieć podobne źródło jako coś, co zapośredniczą faktyczną pracę/obiekt) oprócz jego funkcji „celowej” mogło ono posłużyć do narysowania na piasku ciekawego kształtu. Jest też oczywiście warstwa tzw. sztuki czasowej (działającej na słuch, jak mowa czy muzyka) (Ałpatow, 1961). Ludzkie życie i historie nie zostawiały śladu przez większość istnienia naszego gatunku – nie potrafimy ustalić daty, kiedy ludzie zaczęli śpiewać, bo czuli się potrzebę śpiewania lub naśladowali ptaki. Oczywiste jest, że to sposób wyrazu uczuć, nieco mniej oczywiste, dlaczego i po co musimy te uczucia wyrażać. Civitarese w artykule „Przekształcenia w halucynozie i receptywność analityka” (2015) pisze: „Czy pilna potrzeba czegoś nowego, tak wyraźna w modzie i sztuce, nie rodzi się z głębokiego pragnienia wyrwania się ze stagnacji przyzwyczajeń; a innymi słowy, aby oczyścić patynę psychozy, która osadza się na każdym z nas w życiu codziennym i tłamsi naszą witalność.” Wyrwanie, wybicie z pewności, tego, co „oczywiste”, a więc co jest psychologicznie nieruchome i o czym nie trzeba już myśleć wydaje się ożywiać naszą psychikę. Jest to bardzo specjalne uczucie, może to samo, które przyciąga tylu adeptów sztuki i psychoanalizy do tych dziedzin: uczucie, jakby ktoś otworzył drzwi w umyśle, o których istnieniu nie miało się pojęcia, a za którymi skrywa się zupełnie nowe spojrzenie, perspektywa. "O! Coś takiego!" powiedziane z zaskoczeniem i niedowierzaniem. Nagłe rozszerzenia umysłu o nowość, coś innego, na co nie wpadłem albo „wiedziałem, ale nie ubrałem nigdy w takie słowa”, albo „nie spojrzałem na to od tej strony”. Jeśli czyta to psychoterapeuta lub psychoanalityk pewnie rozpozna głosy pacjentów – często takie reakcje pacjentów słychać w gabinetach. Bion i Bollas wydają się to opisywać na różne sposoby. Bion pisze o "O". O rzeczywistości psychicznej samej w sobie, całkowitej, niejako pełnej prawdzie danego zdarzenia. Jest oczywiście nieuchwytne, bo nasze skromne, małpie mózgi i aparaty percepcyjne mają swoje ograniczenia (Bergstein, 2021). Istnieje jednak pewien korelat „O” w doświadczeniu, uczucie, że dotknęło się czegoś prawdziwego – wiadomo, że to prawdziwe, bo nie mamy nad tym kontroli, zaskakuje i rozszerza to nasz umysł, a jednocześnie jest od razu oczywiste, w jakimś sensie znane. Postrzegamy to w sposób intuicyjny, „niemający oparcia w zmysłach” (ibidem, str. 247). Bollas pisze w podobny sposób o naszych umysłach - idiomie, który, choć sam w sobie jest niezmienny, dąży do ekspansji, zostawiania tego „odcisku palca” na coraz to nowych obiektach, przedmiotach i sytuacjach, i psychicznych generach, wiązkach psychicznych czy typie organizacji doświadczenia, które rozszerzają się z każdym przyswojonym nowym doświadczeniem, dążą do nowości (o ile nie wystąpi trauma, która hamuje rozrost, uczy, że sięganie do świata kończy się bólem i zamyka w kręgu ciągłego powtarzania). Sarah Nettleton w książce „Metapsychologia Christophera Bollasa pisze o nich tak: „Psychiczne genery stanowią matryce lub wiązki o wewnętrznej intensywności, które powstają, kiedy pokrewne myśli, obrazy i uczucia przyciąga do siebie „zbiorcze psychiczne ciążenie” (…) nowe percepcje są włączane do wcześniej istniejących wiązek, tworząc między nimi związki i zespalając je w nieświadomą sieć o coraz większej złożoności (…) Generują one pragnienie dalszych przyjemnych doświadczeń i wspierają wyszukiwanie zewnętrznych obiektów, które oferują możliwość przekształcenia i rozwoju”. (Nettleton, 2023, str. 34). Czasami kusi nas, żeby przyznać temu nowemu pokojowi szczególne miejsce. „Oto sens! Teraz zrozumiałem, na czym polega psychoanaliza! O, tak mi kliknęło czym jest borderline!...” - ale to są interpretacje uczucia, wrażenia - zestawu odczuć, które są podobne. Myślę, że obcowanie ze sztuką to kontakt z jakąś prawdą, z czymś, co rozszerza nasz umysł o nowe warstwy, nowe spojrzenie. Może dlatego musi być czasem tak dziwna, niema, „bez tytułu” lub dziwna, gdy stawia mnie przed sedesem na wystawie i każe się zastanowić, jak i dlaczego zajął on miejsce dzieła sztuki. Nowość, jak uczy Bion, jest czymś, przed czym nasze umysły bronią się czym tylko mogą, w mniejszym lub większym stopniu naruszając nasz kontakt z rzeczywistością (za: seminarium z A. Bergsteinem, 2026). Wprowadza zamieszanie, niszczy jakiś porządek, wytrąca ze znajomej równowagi. Czy to dlatego artyści są często i słynnie jej pozbawieni?
Zostawmy na chwilę sztukę i przejdźmy się na szybki spacer po parku nauki, konkretnie po skrzyżowaniu nauk biologicznych i psychologii. O rozwoju jako przyswajaniu czegoś nowego pisał już Jean Piaget. Główne mechanizmy rozwoju to w jego teorii asymilacja i akomodacja – elementy rzeczywistości włączane są do istniejącego systemu przetwarzania informacje (asymilacja) lub, jeśli to niemożliwe, system zmienia się, by móc pomieścić nowe informacje (akomodacja). Jak pisze w „Studium z psychologii dziecka” (2006): „(…) w każdej chwili działanie jest zakłócane przez przekształcenia zachodzące w świecie zewnętrznym czy wewnętrznym, a każde nowe zachowanie polega nie tylko na przywróceniu równowagi, ale ponadto na dążeniu do równowagi trwalszej, niż równowaga poprzedzająca to zakłócenie”. Daniel Kahneman również opisuje dwa systemy przetwarzania informacji, dwie drogi myślenia, choć w inny sposób: nieświadomy, gdzie króluje myślenie szybkie, „na gorąco” i który podatny jest na zniekształcenia (np. ta sama informacja bardziej nas przekona, gdy postraszy nas stratą niż gdy zaoferuje zyski – ryzyko utraty wynoszące 10% przerazi nas bardziej, niż szansa wygrania 90%, choć proporcje są te same) oraz świadomy – „powolny, rozważny i analityczny” (Kandel, 2021). Wg autora twierdzimy, że posługujemy się drugim systemem w podejmowaniu decyzji, realnie jednak kieruje nami w większości system pierwszy. LeDoux z kolei w swoich słynnych badaniach nad strachem (LeDoux, 2002) dowiódł, że przetwarzanie informacji w mózgu faktycznie biegnie dwutorowo: jest droga „krótka”, która biegnie prosto do ciała migdałowatego i odpowiada za odruchową reakcję emocjonalną na postrzeżony bodziec (ruch w lesie –> strach, reakcja) i długa, biegnąca także do ciała migdałowatego, ale przez korę mózgową i wzgórze, co pozwala na opracowanie postrzeżonego bodźca i regulowanie reakcji emocjonalnej (ruch w lesie -> analiza, doprecyzowanie bodźca -> ocena sytuacji jako niegroźnej -> wyciszenie reakcji emocjonalnej). Działają oczywiście naraz. Podobnie mówią do nas Freud czy Bion – nieświadome działa gdzieś w tle, szybko, bez udziału woli. Dopiero po zarejestrowaniu własnej reakcji (np. oburzenia po pojawieniu się jakiejś myśli) próbujemy opowiedzieć, co i dlaczego się wydarzyło, czemu tak zareagowaliśmy, nieustannie tworząc teorie na swój temat. Podobnie do neurobiologów, piszą o tym, jak nasze problemy wynikają z prób upraszczania rzeczywistości – gdy nie chcemy czegoś myśleć, jakoś się czuć, czegoś przyjąć do wiadomości. Można mówić o usztywnieniu szlaków neuronalnych, gdzie mózg przez powtórzenia zostaje „wyuczony” (obniża się próg pobudzenia jednych, a zwiększa drugich szlaków neuronalnych) pewnych sposobów interpretacji bodźców. Można inaczej – opowiedzieć o odwracaniu się od rzeczywistości, aby uniknąć bólu i cierpienia związanymi z kontaktem z trudną rzeczywistością. Nie są to zdania równoważne czy niosące taką samą i tyle samo treści – ale próbują opisać jakąś prawdę z dwóch różnych, zazębiających się perspektyw.
Zestawiając ten problem z poprzednim fragmentem o sztuce napotykamy zbieżność: to, co wiadome, pewne, znane, oczywiste – pozwala nam tworzyć jakieś ramy, jakąś mapę rzeczywistości. Ale jest to uproszczenie, coś, co musimy stale podważać i zostawiać furtkę dla wątpliwości i odmiennych punktów widzenia. Inaczej czeka nas narastanie „patyny psychozy”, wpadanie w powtarzalne schematy myślenia, zredukowanie świata do uporczywie takiego samego, a swojego aparatu nerwowego do poruszania się wciąż tymi samymi szlakami neuronalnymi. Jak to często bywa, nie chodzi o treść, a o sam ruch – to on jest jednym z podstawowych wyznaczników biologicznych i psychologicznych życia. Jak jednak wspominałem, zmiana i ruch zastałych już pewników budzi lęk, przerażenie, jest jakimś rodzajem upadku poprzedniego systemu, przez chwilę wrzuca nas do nieokreślonej przestrzeni bez ram i limitów. A to straszne. Pięknie ujęła to zagadnienie w książce „Bieguni” Olga Tokarczuk. Cała książka jest opisem ruchu, ruchów i sam ruch wydaje się głównym bohaterem dzieła noblistki. (Tokarczuk, 2007)
Wydaje mi się obecnie, że chyba to zmaganie uwypukla ważny wymiar pracy z pacjentami: jak przekazać coś nowego, umożliwić pacjentowi przemyślenie („przepuszczenie” przez własną nieświadomość) nowej, zaskakującej myśli tak, by nie zwariował ze strachu. Jest to tym trudniejsze, że w ferworze pracy w gabinecie łatwo zgubić drogowskaz. W natłoku licznych podejść teoretycznych, setek sprzecznych zaleceń i zaskakujących, niepasujących do teorii zachowań, myśli czy uczuć pacjentów i własnych trudno się czasami odnaleźć. Bion daje jednak bezcenną wskazówkę: to, co się zdarza, co czuję jest zawsze czymś innym od tego, co sobie pomyślę, jak to zinterpretuję (Bergstein, 2021). Wbija to szpilkę w napęczniały balon narcyzmu psychoterapeutów przekonanych, że znaleźli lub rozgorączkowanych, że muszą znaleźć tę jedną interpretację, która uleczy pacjenta. Po skończonej terapii i tak nie będziemy pamiętać większość treści, powiedzianych z kozetek i foteli słów. Jednocześnie to zalecenie uwypukla źródło budzące fascynację i ciekawość, przenosi wzrok z tego, co pomyślał sobie pacjent lub terapeuta na to, co było wcześniej – bodziec i reakcję, coś co zadziało się spontanicznie, a co potem próbujemy ubrać w słowa. Ba, możemy to nawet ubierać w różne interpretacje niczym różne stroje i wszystkie mogą w jakiś sposób pasować! Nie oznacza to jednak, że można powiedzieć cokolwiek – niektóre zdania i próby opisu z kolei pasować nie będą zupełnie, o czym w taki czy inny sposób powie nam ostatecznie pacjent korzystając ze słów lub nieświadomego komunikatu (za: seminarium z S. Nettleton, 2025). Cała praca psychoanalizy przesuwa się razem z Bionem z prób znalezienia prostej, jednowymiarowej „prawdy” (np. masz problemy z mężczyznami, bo twoja matka zdradziła ojca) na uelastycznianie i rozbudowywanie aparatu myślenia (wracając do przykładu: może częściowo matka wpłynęła na problemy z mężczyznami, ale jest w tym też osobisty komfort, nienawiść wobec ojca, który nie walczył, by zostać -> sprawa jest złożona i mogę myśleć o niej wielowymiarowo, co łagodzi objawy, choć jest trudne do przeżycia i przyjęcia oraz skomplikowane).
Co zatem robi nam sztuka czy dobrze prowadzone psychoterapia/psychoanaliza? Jak to się wszystko splata? Zawsze dobrze uczyło mi się na przykładach, dlatego podam jeden poniżej. Opowiadając historię o szkorbucie. Ta okropna choroba, która znana jest przede wszystkim z morskich opowieści o żeglarzach. Stopniowo w długich rejsach zaczynali krwawić z różnych miejsc na ciele – zdawało się, że ich ciała po prostu tworzą nowe rany. Musiało to być przerażające, podejrzewam, że wśród załóg nie było końca próbom wyjaśnienia, co to i skąd, sposobów leczenia wymyślanych naprędce, odczynianiu uroków itd. Wiemy dzisiaj, że to niedobór witaminy C i że sprawę da się załatwić zabierając w długą podróż odpowiedni zapas np. kiszonej kapusty. Ale ja chcę się znowu skupić tu na małym szczególe: skąd brały się te rany? Jak się okazuje, nie są one nowe – otóż niedobór witaminy C powoduje, że zmniejsza się produkcja kolagenu, ten zaś w bliznach zużywa się znacznie szybciej, niż w „nietkniętej” skórze (Cohen, Keiser, 1976). Innymi słowy – przy brakach w żywieniu otwierają się na ciele stare blizny. Najwyraźniej nasze rany, gdy się zabliźniają, muszą być aktywnie podtrzymywane, aby nie zaczęły krwawić. Kiedy zabraknie „spoiwa”, tego, co utrzymuje nasze blizny zamkniętymi (dosłownie i biologicznie: kolagenu związanego z witaminą C), rany otwierają się. Znaczy to też, że w jakiś sposób ciało faktycznie „pamięta” o wszystkich ranach.
Zostawiłem trochę miejsca, żeby to zdanie mogło wybrzmieć. To jest fakt, coś się zadziewa, tak są poukładane komórki w ciele. Od razu przychodzą myśli: A – osoby z ranami psychicznymi może mają tak samo, muszą zużywać więcej zasobów na utrzymywanie tych ran, B – może jest jakiś próg, gdzie jest to za dużo i cała energia musi skupiać się na ranach, nie ma jej wystarczająco, żeby po prostu żyć czy myśleć, C – wszystko zostawia po sobie ślad, a blizny są żywe, o czym niby (na poziomie psychiki) wiemy, ale oto jest potwierdzenie! Ale jest różnica między tym faktem (dziełem), a myślami - to są moje myśli, jakieś osobiste znaczenia, które mówią może coś o świecie, ale przede wszystkim mówią o mnie i moim świecie. Mogę na szczęście się zamknąć, zacisnąć powieki i wrócić do obrazu tych tkanek – otwierających się ran przy braku wewnątrz czegoś potrzebnego. Pomyślę, a pojawi się inna interpretacja, coś nowego. Porozmawiam z kimś, jemu pojawi się jeszcze coś, co nigdy by nie przyszło na myśl mi. Ten nieskończony wulkan rodzący nowe pomysły, skrawek jakiejś prawdy, której nie można uchwycić, a która porusza wnętrze i zewnętrze i pobudza do produkowania myśli, znaczeń - to skrawek jakiejś prawdy, nowości, rozszerzenie. Żadna z tych myśli nie wyczerpuje w pełni, o co chodzi, każda jest jakimś uproszczeniem, translacją obrazu na słowo, zapachu na dźwięk. To ma też robić sztuka i psychoanaliza. Być ciągłą walką o rozszerzanie, burzenie i tworzenie prawd. Można by zapytać, jaki to ma sens, czy zawsze każdą najdrobniejszą rzecz mamy tak analizować? Takie życie byłoby okropne, zgadzam się. To jakby żyć na siłowni – ciągle dokładać sobie nowego i większego ciężaru, rwać mięśnie, żeby odbudowywały się silniejsze. Piekło Syzyfa. Ale dlaczego piekło? Ponieważ padła myśl, że ma się tak dziać cały czas. A do gabinetu wchodzimy i wychodzimy. Jak na siłownię, jak na wystawę sztuki czy pokaz filmu. A potem, jeśli mamy szczęście, jeśli otworzyliśmy się nieco na tę nowość i mogliśmy skorzystać z tego pięknego i wyczerpującego aktu poszerzenia umysłu – może się zdarzyć, że w trudnej sytuacji w życiu zamiast jednej i więżącej, będziemy mieli dostęp do kilku perspektyw. Uda nam się pomyśleć o czymś „z innej strony”. Nasz umysł przestanie być liniowy: przyczyna-skutek i przestaniemy winić rodziców za wszystko, co złe w naszym życiu (mama była okropna = mam problemy). Może się on stać siecią, która zadziała jak strażacki skokochron ⁃ można wyskoczyć nawet z płonącego budynku, a on wytrzyma, przyjmie na siebie uderzenie. Sieć rybacka jest silniejsza niż prosty sznurek. Nie mówię, że biologia jest tu wyczerpująca. Czy mówienie o „ruchu posuwisto-zwrotnym” wyczerpuje temat masturbacji? To też jakiś przykład, próba opisania czegoś prawdziwego. Kłótnie "natura czy wychowanie", "psychoanaliza czy CBT", "prawica czy lewica", "chłopiec czy dziewczynka", "kura czy jajko" mają i nie mają sensu. Mają, bo poruszają, sprawiają, że musimy w tym dialektycznym napięciu powalczyć o syntezę tezy i antytezy w nową jakość. Ale absolutnie nie mogą zostać nigdy jednoznacznie rozwiązane, bo to niemożliwe. Nie ma jednej interpretacji, która wyleczy pacjenta. Nie ma jednego nurtu, który obejmie wszystkie problemy i potrzeby pacjentów. Wracając do samego szkorbutu: wyjaśnienie przyczyn krwawienia, które przytaczam, jest także uproszczeniem, to jeden z aspektów tego, co dzieje się w ciele na poziomie biologicznym, rzeczywistość jest – niezmiennie – dużo bardziej skomplikowana.
Opowiem o przykładzie z gabinetu: pacjent, 22-letni student, przychodzi do mnie raz w tygodniu. Mniejsza o powody, dla których widzimy się tak rzadko, chciałbym przedstawić tylko jedną drobną sytuację. Przez dłuższy czas zgadzałem się na zmiany terminu sesji, jeżeli wypadał mu np. egzamin lub musiał jechać do domu (w odległej miejscowości). Świadomie chciałem, żeby nie powstawały takie długie przerwy między spotkaniami – jedna sesja „wypadnie” i już są dwa tygodnie przerwy w terapii. Miałem zatem jakieś pragnienie – oszczędzenia pacjentowi (sobie?) jakiegoś uczucia. Ale nieco wyprzedzam zdarzenia. Pewnego razu, po lekturze i seminariach bionowskich, przesiąknięty myślami, które staram się wyrazić w tej pracy, na jego prośbę o zmianę terminu po prostu odmówiłem. „Taki jest w końcu setting”, pomyślałem sobie. To po prostu to, jakie jest zdarzenie. Dotarło do mnie w tym momencie, że nigdy nie kwestionowałem tak naprawdę przenoszenia terminów tych sesji. Było to „oczywiste”, że nie może przyjść z powodu studiów, godzin pociągów itp. Postanowiłem jednak zaufać Bionowi i aktywnie zapomnieć o tych powodach oraz pozbyć się pragnienia uczynienia czegoś dla pacjenta – ułatwienia, udogodnienia, ominięcia czegoś nieprzyjemnego, czym spodziewałem się (do tego momentu przeczuwałem nieświadomie, podprogowo?), że będzie dla niego odmowa. Po kilku próbach stworzenia by-passu (pacjent jest studentem medycyny), obejścia tego zatoru, kiedy nadal spokojnie stałem przy swoim, pacjent skapitulował: zrobił się przygnębiony i zaczął opowiadać, jak to okropnie jest tracić, jak czuje się wówczas bezsilny i nieistotny. Dalsza rozmowa ukazała nową warstwę jego doświadczenia, której wcześniej nie mogliśmy poruszyć.
Przykład jest bardzo prosty, można by powiedzieć „przecież trzeba się było trzymać settingu, po co ten cały wywód?”. Za Patrickiem Casementem powiem jednak, że trzymać się zasad i rozumieć zasady, to dwie różne sprawy (Casement, 2022). Zrobienie ruchu, danie czegoś, przesunięcie granicy – ma zawsze coś na celu. I czasem to robimy w gabinetach. Sztuka (oprócz wytrzymywania presji i nie-robienia) polega na zauważeniu i poddaniu namysłowi tego, co zrobiliśmy lub pomyśleliśmy. Połączenie pierwotnego i wtórnego („gorącego” i „na chłodno”, „emocjonalnego i refleksyjnego”) sposobu przetwarzania informacji. W gabinecie trzeba doświadczać i wyjaśniać, a to dwie modalności, które przeszkadzają sobie nawzajem. Po złączeniu jednak dają o wiele pełniejszy, dwuoczny obraz sytuacji. Przeskakiwanie między nimi jest koszmarnie trudne i powoduje czasami dezorientację lub impulsywne reakcje. Ale to tutaj jest praca rozwojowa, którą musi włożyć psychoterapeuta, żeby rozwijać się w swoim sposobie rozumienia pacjentów. A to daje nadzieję – możemy się uczyć, wzrastać, poruszyć coś, co wydaje się wyryte w kamieniu. Zmiana jest realnie możliwa. Czy to w gabinecie, galerii sztuki czy podczas podróży do nieznanego kraju, otwarcie się na inność niszczy stare i buduje coś nowego, dodając przy tym złożoności umysłowi i naszej duszy.
Bibliografia:
Ałpatow, M. (1961). Historia Sztuki Starożytność 1, Wydawnictwo Arkady Warszawa VEB Verlag der Kunst, Drezno
Bergstein, A. (2021). Niezbadane rejony życia psychicznego Oficyna Wydawnicza Fundament, Warszawa, str 246-248
Casement, P. (2022) Uczenie się na własnych błędach, Oficyna Ingenium
Civitarese, G. (2015). Przekształcenia w halucynozie i receptywność analityka, Int. J. Psychoanalysis (96)(4):1091-1116 str. 9, za: materiały z Forum myśli bionowskiej i postbionowskiej, tłum. D. Golec)
Cohen IK, Keiser HR (1976). Disruption of healed scars in scurvy -- the result of a disequilibrium in collagen metabolism. Plast Reconstr Surg. Feb;57(2):213-5.
Kandel, E. R. (2021). Zaburzony umysł. Co nietypowe mózgi mówią o nas samych. Copernicus Center Press.
LeDoux, J. (2003). The emotional brain, fear, and the amygdala. Cellular and molecular neurobiology, 23(4), 727-738.
Nettleton, S. (2023). Metapsychologia Christophera Bollasa, Oficyna Wydawnicza Fundament, Warszawa
Piaget, J. (2006). Studia z psychologii dziecka (wyd. 2). Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN
Tokarczuk, O. (2007) Bieguni, Wydawnictwo Literackie, Kraków
Seminarium z Sarą Nettleton, Poznań, 7-8.06.2025
Seminarium z Avnerem Bergsteinem w ramach III Sympozjum Bionowskiego, 16.01.2026, Gdańsk
Poznań, 24.02.2026



Komentarze
Prześlij komentarz