Kinga Kocjan, Wyrazy płynące z ciała. Obrazy nie mają ust, ale mogą nam wiele o-powiedzieć.
Historie bywają różne tak jak słowa, które je tworzą i opisują. Zdarzają się takie, które mogą być opowiedziane i wypowiedziane słowami. Chciałabym przyjrzeć się tym które szukając wyrazu ujawniają się poprzez to co dzieje się z ciałem i w jego wnętrzu. Są to różne obrazy-wyrazy od obrazów klinicznych chorób po wyrazy malujące się na skórze w postaci tatuaży i blizn. Jest to całkiem inny, osobliwy język, który uważam, że zawiera się w przestrzeni o twórczym potencjale. Możliwość słuchania tego co mówią te wyrazy płynące z ciała i nadawania im znaczeń symbolicznych, otwiera drogę do przekształceń i tworzenia reprezentacji umysłowych.
Bywa ból - tak zajadły-
Że wyżera w nas Otchłań-
Potem przykrywa- Odrętwieniem-
Tak aby Pamięć mogła
Obejść- przejść przez nią- po niej
Jak Lunatyk- stąpający bezpiecznie
Gdzie strąciłyby go oczy otwarte
W gruchoczące- Kość po Kości powietrze
Emily Dickinson (599, 1862r)
Emily Dickinson w swoim poemacie stara się nam opowiedzieć za pomocą słów jak niewyobrażalny i trudny do zniesienia może być ból. Nie myślimy tutaj o bólu, który znajduje możliwość zawarcia go w słowach, ale taki który jest nie do opisania. Nieuniknionym faktem życiowym jest to, że życie jest bolesne. Doświadczanie różnego rodzaju bólu towarzyszy nam od początku naszego istnienia. Z bólem opuszczamy bezpieczną macicę, stawiamy pierwszy krok po serii bolesnych upadków, oddzielamy się od rodziców stając na swoich własnych nogach i tracimy różnego rodzaju iluzje. Są to bez wątpienia kroki rozwojowe, które pozwalają nam z każdym nowym doświadczeniem nie tylko łatwiej radzić sobie z bólem wpisanym w życie, ale też uczyć się z doświadczeń i podejmować inne niż dotychczas kroki. Mówimy o bólu, który ma miejsce w naszym życiu i który mieści się w możliwości wytrzymania go. Ale co dzieje się, kiedy ból jest tak ogromny, że przysłowiowo nie mieści się w głowie? Jak go wyrazić, skoro brakuje słów, w których by się z-mieścił? Być może to co nie do pomieszczenia w głowie, zaczyna mieć miejsce w ciele.
Z bólem bez wątpienia kojarzą nam się rany i konkretne wydarzenia w wyniku, których mogliśmy je odnieść. Czasem jednak trudno odnieść się do ran, bo ani one ani wydarzenia, które je spowodowały nie są widoczne czy też zauważone i opatrzone. Już w tym miejscu widzimy pewną dwoistą naturę zranień- możemy je ująć jako zewnętrzne i wewnętrzne. Tym co wspiera gojenie jest opatrzenie ran, bandażem, plastrem, czasem zszyciem. Opatrzenie jednak bliskie jest też słowu patrzenie, zobaczenie, widzenie. Dochodzimy do momentu, w którym jakby to ujął Steiner widzenie i bycie widzianym w swoim przeżywaniu ma ogromne znaczenie. Dziecko, aby mogło prawidłowo rozwijać się psychicznie potrzebuje takiej matki, która jak określa Winnicott, w wystarczająco dobry sposób będzie w stanie rozumieć swoje dziecko, odpowiadać na jego potrzeby i dając mu oparcie psychiczne, stwarzać przestrzeń do jego osobistego rozwoju. Dzięki odzwierciedlaniu przeżyć dziecka, dostrajaniu i odpowiedniemu holdingowi przeżycia dziecka mogą zostać prawidłowo zintegrowane. Można by powiedzieć, że ten odzwierciedlający wzrok matki (lustrzana rola matki) jest jak nić zszywajaca i łącząca różne nasze fragmenty tworząc nas jako osobę w pełni. A te wszystkie momenty rozdarcia, zranień mogą być dzięki tym wystarczająco dobrym doświadczeniom w relacji z matką czymś co pomaga leczyć, a zatem goić się ranom. Kolejną ważną funkcją matki o czym wspomina również Freud jest stworzenie optymalnych warunków, w których kierując się wyczuciem, matka chroni dziecko przed zbyt intensywnymi odczuciami zarówno płynącymi ze świata zewnętrznego tak i emocjonalnymi. To dostrojenie się do możliwości dziecka chroni jego delikatną skórę psychiczną przed pęknięciami, zranieniami i zniszczeniem- pozwalając na tworzenie się ochronnej tarczy. Zarówno Bion jak i idąc za nim Ogden zwracają uwagę na to, że aby to co jest przeżywane jako nieznośne mogło być do zniesienia niezbędny jest aparat do myślenia czy funkcja śnienia. Bion uważał, że tym co buduje umysł zdolny do myślenia jest matka, która ma zdolność do pomieszczenia stanów emocjonalnych dziecka i myślenia o nich. To doświadczenie pozwala na uwewnętrznienie takiego obrazu matki, którego wyrazem jest nie tylko umiejętność przeżywania uczuć, ale przede wszystkim myślenia o nich i patrzenia na różne sytuacje z wielu perspektyw. Dostatecznie dobre pomieszczanie stanów emocjonalnych jest również istotnym elementem umożliwiającym rozwój symbolizacji. Hanna Segal zwraca uwagę, że matczyna zdolność do myślenia o czymś umożliwia uwewnętrznienie myślącego obiektu pomieszczającego. Dzięki temu możemy zauważyć nie tylko konkretny symbol, ale możliwym stają się myśli i marzenia senne na temat danego wydarzenia prowadzące do jego twórczych przekształceń i nadania im nowych znaczeń. W kolejnych rozdziałach przytoczę kilka fragmentów z pracy z pacjentami z którymi próbowaliśmy słuchając historii wyrażających się ich ciałem, skórą i modyfikacjami w obrębie ciała, uchwycić to co bez drugiego obejmującego i pomieszczającego umysłu było nie do pomyślenia i nie do połączenia. Obejrzymy zatem wspólnie obrazy, które pacjenci przynieśli namalowane na własnej skórze, wyśnili, te które zapisały się w postaci w-raków spoczywających na dnie ich ciała, a także te które komunikowane przez identyfikację projekcyjną mogłam odczuć na własnej skórze i w moim ciele. Opowiem o tym jak zaproszenie do wspólnego śnienia o tych wyrazach, bawienia się znaczeniami, odkrywania tego co ze sobą niosą i tworzenia nowego języka do opisania doświadczeń stało się możliwością nawiązania i odbudowania utraconego połączenia ciało-umysł i umysłu zdolnego do za-myślenia.
Koszmarny ból, który szuka możliwości wyśnienia
Gdyby na oko patrzeć na Fridę Kahlo to na pierwszy rzut oka zobaczylibyśmy postać kobiety, która jest widziana jako pełna energii, radości osoba. Ale gdybyśmy spojrzeli obuocznie, czyli patrząc również na jej historię i jej wyrazy w postaci obrazów zobaczylibyśmy jeszcze inny jej portret. Urodziła się w 1907 roku na przedmieściach Meksyku. Była trzecią z czterech córek urodzonego w Niemczech fotografa i rodowitej Meksykanki. Kiedy miała pięć lat zachorowała na Chorobę Heinego- Medina i została przykuta do łóżka na długich dziewięć miesięcy. Pomimo starannej opieki i rehabilitacji w wyniku przebytej choroby do końca życia pozostała okaleczona. Jej prawa noga rozwijała się słabiej co skrzętnie zasłaniała długimi, kolorowymi spódnicami. Rozpoczęła naukę w prestiżowej szkole w stolicy Meksyku mając nadzieje na zdobycie wiedzy umożliwiającej jej studiowanie medycyny. Plany te całkowicie przekreślił wypadek autobusu, którym podróżowała Frida. W wyniku zderzenia z tramwajem została najbardziej poszkodowaną osobą. Miała złamany kręgosłup, zmiażdżoną stopę i obojczyk. Dodatkowo metalowa barierka przebiła jej miednicę na wskroś co niweczyło jej marzenia o macierzyństwie. Lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Niemniej jej upartość, determinacja i chęć życia sprawiły, że po wielu miesiącach ogromnych cierpień odzyskała sprawność w nogach. To właśnie wtedy, podczas wielu dni spędzonych w łóżku, Frida chwyciła za pędzel i zaczęła malować swoje autoportrety. Przez całe życie namalowała ich aż 52, przechodząc po drodze ponad 30 operacji chirurgicznych. Musiała nosić specjalne, usztywniające gorsety- gipsowe, skórzane albo stalowe, które ozdabiała malunkami. „Noszę gipsowy gorset, który jest dla mnie utrapieniem, czyni mój kręgosłup bardziej znośnym. Nie czuje bólu, tylko wielkie zmęczenie… i co naturalne rozpacz. Jednak chce żyć”. Można by powiedzieć, że całe cierpienie, ból i osamotnienie znajdywało swój wyraz i opowiadało się w jej obrazach. Stawało się dla niej płótnem, które przyjmowało przelewane na nie uczucia. Zdaje się, że był to swoisty gorset utrzymujący psychicznie Fridę przy życiu. Jej autoportrety są pełne krwi, ran, bolesnych doświadczeń. Przeszywają, dotykają wewnętrznie, a czasem szokują. Autentyczność jaka z nich płynie powoduje, że oglądając tą część jej odbitą na płótnie można poczuć dogłębnie cierpienie, którego doświadczyła. Jej mąż Diego tak mówił o jej twórczości: „Jej pracę są żrące i czułe, twarde jak stal i delikatne jak skrzydło motyla, urocze jak uśmiech, okrutne jak gorycz istnienia. Przelała na płótno poezję cierpienia.”
Wracając do historii życia Fridy możemy zobaczyć, że od młodych lata nie tylko zmaga się z cierpieniem i bólem, ale przede wszystkim z samotnością. Długie momenty hospitalizacji i chwil spędzonych przykutą do łóżka powodują, że malarka zostaje ze swoim cierpieniem sama. Także jej kalectwo sprawia, że nie może utrzymać relacji z rówieśnikami, a nawet jest odrzucona. Wiele się dzieje wokół ciała Fridy, ale możemy zobaczyć, że wiele bólu dotyka ją również od środka. Jako dziewczynka fantazjuje o byciu lekarzem i ratowaniu innych. Można przypuszczać, że w ten sposób zarówno radziła sobie, ale i opowiadała o swoim doświadczeniu bezradności, choroby i lęku przed śmiercią jakiego doświadczyła. Fantazja o byciu lekarzem mogła być obronną strategią, w której poprzez identyfikacje projekcyjną mogła umieszczać te okaleczone fragmenty w innych i zachować poczucie wszech-mocy i wielkościowości. Wypadek, który wydarzył się lata później całkowicie przekreślił te plany, ale zdaje się nie zniszczył w Fridzie poczucia, że po stracie życie może toczyć się dalej i być twórcze. Wydaje się, że w jej świecie wewnętrznym istniały takie obiekty wewnętrzne, które dawały jej oparcie i poczucie ciągłości istnienia. Spotykała się z wieloma utratami, ale nigdy nie utraciła wiary, że życie pomimo braków jest warte do przeżycia. W 1946 r namalowała obraz „Drzewo nadziei” ukazujący dwie Fridy. Jedna postać leży zakrwawiona na szpitalnym łóżku, a obok niej siedzi wyprostowana i pewna siebie druga Frida. W ręku trzyma flagę z napisem: „Drzewo nadziei, trzymaj się mocno”. Jedna jej część próbuje pocieszyć inną zdruzgotaną. Z jednej strony patrząc moglibyśmy widzieć tutaj ruch w kierunku samowystarczalności. Ale z drugiej strony, pod innym kątem patrząc zarysowuje nam się też część Fridy, w której wnętrzu jest trzymająca przy nadziei matka. Jednym z najbardziej dramatycznych obrazów malarki jest dzieło z 1944 roku zatytułowane „Strzaskana kolumna”. Był to okres, w którym Frida nie mogła już ani stać, ani siedzieć i założony został jej stalowy gorset. Na obrazie możemy dostrzec kobietę, której klatka piersiowa jest rozdarta na dwie części, a pośrodku znajduje się coś na kształt kolumny jońskiej. Frida nigdy nie pokazywała swojego cierpienia w bliskim kontakcie. Zwykle tryskała humorem, była pełna radości, żartowała, kiedy jeszcze mogła tańczyła. Widzimy na obrazie z jednej strony kobietę o spokojnych rysach twarzy, a patrząc drugim okiem zauważamy ciało i twarz z powbijanymi gwoździami. Kolumna wygląda na pokruszoną albo kruszącą się co oddaje kruszące się ciało, ale też kruchość w niej samej. Górna część jej ciała okalana jest przez białe pasy z klamrami będącymi nawiązaniem do gorsetu. Sama Frida mówiła, że gdyby nie gorset to rozpadłaby się dosłownie. Wydaje się, że tym gorsetem była jej twórczość, która pozwalała jej wyśnić cierpienie i pozostać żywą, także emocjonalnie. To przez sztukę Frida miała kontakt i połączenie z bólem, ale też znajdywała przestrzeń, w której mogła zawierać swoją historię i różne swoje uczucia. Dwa różne aspekty Fridy możemy również zobaczyć w obrazie „Dwie Fridy” z 1939 roku z okresu kryzysu małżeńskiego jaki spotkał ją i jej męża Diego. Mamy tutaj kobietę kochaną i wzgardzoną. Serce niekochanej Fridy krwawi, zaś jej tętnica jest podtrzymywana przez szczypce chirurgiczne i grozi wykrwawieniem. Widzimy podtrzymujące szczypce, które można rozumieć jako pozostanie przy nadziei na naprawę i zdrowienie po doznaniu zranienia. Bycie zdradzoną i porzuconą nie wyklucza możliwości bycia kochaną i chcianą. Te różne obrazy siebie, uczucia mogą być ze sobą połączone i pomieszczone. Hanna Segal i Melanie Klein uważały, iż psychoanalizę ze sztuką łączy wspólne dążenie do opracowania budzących lęk aspektów nas, czyli destrukcyjnych, agresywnych impulsów oraz pragnienie odbudowania relacji, które były niszczone albo utracone w wyniku agresywnych ataków. W tym kontekście można powiedzieć, że psychoanaliza i sztuka to dwie różne drogi prowadzące do tego samego celu: wyrażenia i odnalezienia siebie. Można sądzić, że dla Fridy sztuka miała znaczenie reparacyjne i integrujące różne jej aspekty i przeżycia. Mogła je śnić za pomocą obrazów, dlatego jej życie pomimo bólu nie było niekończącym się koszmarem. Franco de Masi mówi, że jeśli w psychice przeważają aspekty konstruktywne, osoba może nadawać swojemu życiu spójny kształt i sens. Frida nigdy nie popadła w całkowitą rozpacz, daleka była od poczucia krzywdy i rozżalenia. Mówiła: „Nie ma rady. Trzeba się z tym pogodzić. Zaczynam się przyzwyczajać do cierpienia”. Wydaje się, że to co jej to umożliwiło to akceptacja przemijalności, tego, że przeszłości nie można zmienić, a także pozostanie przy nadziei, że coś jeszcze może być możliwe: „Nie jestem chora, tylko załamana. Ale cieszę się, że żyje, dopóki mogę malować”. Wydaje się, że Fridzie udało się wpisać w swoje życie śmierć, ból i utratę. Dzięki temu mogła rozstawać się zarówno z omnipotentnymi dziecięcymi fantazjami, ale i niemożliwymi do zrealizowania pragnieniami bez nadmiernej rozpaczy. Widzieć świat i siebie nie w rozszczepieniu, ale w połączeniu. Myślę, że to co jej również pomagało godzić się ze stratami to zdolność do bycia samej bez poczucia osamotnienia, bez wściekłości i zawiści. Tworzyła, żyła mając coś do pozostawienia po sobie innym wraz z poczuciem pozostawania żywej wraz ze swoją twórczością. Malując używała lusterka, myślę, że miała w sobie na tyle przyjmującą matkę, że mogła ujawniać swoje cierpienie w obrazach wierząc jednocześnie, że jest to wystawiane na obserwujące łagodne i przyjmujące spojrzenie innych.
Koszmarny ból, który się nie śnił- „Skóra, w której żyje”, Pedro Almodovara
Przyjrzymy się teraz sytuacji, w której ból psychiczny spowodowany wieloma utratami znajduje swój wyraz w wyniszczającym perwersyjnym świecie wewnętrznym. Spotykamy się z postacią Ledgarda, chirurga plastycznego, który w prywatnej klinice pracuje nad stworzeniem nieprzepuszczalnej skóry, odpornej na wszelkie zewnętrzne oddziaływania, ale pozostającej wrażliwej na dotyk. W tym miejscu możemy zastanawiać się czym miałaby być ta skóra? Wydaje się, że czymś na kształt powłoki chroniącej przed doświadczaniem bolesnej rzeczywistości. Ale również rysuje nam się silna fantazja o możliwości kontrolowania rzeczywistości i dopasowywania jej do własnych potrzeb. Wnikając głębiej w skórę Ledgarda dowiadujemy się, że pod nią kryją się najróżniejsze utraty, których doznał w ciągu swojego życia. Historia jego utrat naznaczona jest nagłymi opuszczeniami i przesiąknięta kłamstwami. Zaczyna się od zatajania prawdy o tym kto jest jego biologiczną matką, zatem i kim on jest naprawdę. Dowiadujemy się, że został poczęty przez ojca i jego pracownicę, która następnie oddała go żonie jego ojca, a sama przyjęła rolę gospodyni domu. Skutki tej zafałszowanej rzeczywistości możemy zobaczyć, jak działają podskórnie w Ledgarze kiedy sam dokonuje ataku na rzeczywistość i z łatwością oszukuje innych, w tym samego siebie. Próba przerobienia ciała Vincenta (mężczyzny przetrzymywanego przez Ledgara) na kobiece i zmiana jego tożsamości ukazuje nam jak głębokiego załamania swojej tożsamości doświadczył Ledgard. Kolejną bolesną utratą dla Ledgara jest zdrada żony i jej samobójcza śmierć wywołana niemożnością patrzenia na swoją zdeformowaną przez oparzenia twarz. Poparzenia powstały wskutek wypadku samochodowego jakiego doświadczyła jadąc ze swoim kochankiem (bratem Ledgara). Świadkiem samobójczej śmierci jest córka, która również doznaje załamania po doświadczeniu seksualnego incydentu, w którym uczestniczy młody chłopak imieniem Vincent. Ledgar doświadcza kolejnego ciosu i bólu. Wskutek działania traumy i załamania aparatu psychicznego, a więc możliwości do symbolizowania- córka rozwija w sobie fobie wobec mężczyzn. Pierwszym mężczyzną zobaczonym po incydencie jest ojciec, więc zaczyna łączyć go ze sprawcą napaści. Wkrótce potem podobnie jak jej matka dokonuje samobójstwa. Niezdolny do stolerowania i poradzenia sobie z bólem utraty Ledgard porywa Vincenta i więziąc go przez lata w swojej klinice przekształca jego ciało w kobiece, wiernie oddające ciało jego zmarłej żony. Widzimy zatem człowieka, który jest niezdolny do opłakania nieodwracalnej utraty, a miejsce żałoby zastępuje chęć uwolnienia się od bólu poprzez omnipotentne obrony i chęć zemsty. Vincent, a po serii operacji Vera, która staje się więźniem Ledgara i na której przeprowadza swoje bolesne eksperymenty ukazuje jak jego brutalne, przemocowe i nasiąknięte sadyzmem dążenia chronią go przed doświadczeniem bólu. Ból, który zadaje innym przez wykonywane zabiegi na ich skórze jest zabezpieczeniem przed odczuwaniem bólu na własnej skórze. Próbując zaprzeczyć rzeczywistości utrat kieruje się w stronę triumfu nad rzeczywistością, starając się utrzymać za wszelką cenę żonę przy życiu i stworzeniu dla niej idealnej skóry. Widzimy obraz człowieka przepełnionego nienawiścią, który identyfikując się z agresorem rozgrywa brutalne fantazje o zemście na ciele Vincenta. Wyczuwamy człowieka, który nie ma w sobie zdolności do pomieszczania uczuć. Wskutek tego załamaniu ulega symbolizowanie i zdolność do myślenia. Obserwujemy, że myślenie zamienia się w działanie. A doświadczanie uczuć zastępowane jest mechanizmami identyfikacji projekcyjnej. Ciało staje się teatrem, w którym rozgrywane jest to wszystko co nie może zawrzeć się w umyśle. Jak wspomnieliśmy we wstępie punktem wyjścia jest taka relacja z matką, która pozwala na uwewnętrznienie dobrego chroniącego obiektu, od którego jesteśmy zależni. Pozwala to na kontakt z nienawiścią i wzbudzenie poczuć winy, które służą reparacji i ochronie kochającego obiektu. W obrazie Almodovara widzimy w kontraście Vincenta i jego wewnętrzne obiekty, w tym wiarę, że matka będzie go szukała. A także sceny w których matka poszukuje syna i wierzy, że ciągle żyje. Ta uwewnętrzniona matka sprawia, że pomimo utraty wolności, bólu ma w sobie dużo wytrzymałości i poczucia kim jest naprawdę. Aby przetrwać kieruje się ku twórczości i ochronie swojego męskiego self. Prof. Stachówna zwraca uwagę: „pozostaje mężczyzną w kobiecym ciele i dlatego pokrywa ściany swego więzienia wielokrotnie zapisanym słowem „respiro” – oddycham. Jeśli oddycham, to żyję”. Vincent staje się Verą w umyśle Ledgara, ale w swoim własnym zachowuje swoją męską tożsamość.
Skórne obrazy jako wyrazy. Tatuaże
Resnik (2005) mówi, że ciało jest „żyjącą pamięcią”. Możemy zatem przyjąć stanowisko, że nasze doświadczenia zapisują się w naszym ciele i wyrażają na różne sposoby. „Ślady niemowlęcych sposobów wchodzenia w relację możemy odnaleźć w naszych indywidualnych wzorcach fizycznego ruchu i gestów; w naszym stosunku do ciała jako obszaru miłosnego kontaktu lub wyrażania nienawiści; w sposobie przeżywania ciała jako źródła przyjemności i lęku. Wszelkie próby modyfikowania ciała odwołują się do owych wczesnych doświadczeń”. Esther Bick przynosi nam rozumienie, że rzeczywiste doznania zmysłowe dostarczają dziecku pierwszego cielesnego pomieszczenia. Uważa, że zaburzenia pierwotnej funkcji skóry przyczyniają się do tworzenia się „drugiej skóry”. To z kolei prowadzić może do niewłaściwego wykorzystania różnych funkcji umysłowych lub wytworzenia mięśniowej skorupy mającej zastąpić pomieszczającą funkcję skóry. Anzieu uważa, że pierwotna struktura ego opiera się na skórnym ego, który jest obrazem tworzonym przez ego dziecka we wczesnych fazach rozwoju. Uważa, że niemowlę rozwija percepcję ciała dzięki kontaktowi ze skórą matki w sytuacji karmienia, przewijania, pieszczot, ubierania. Skórne ego pochodzi zatem od skóry, która w wyobrażeniu otacza matkę i dziecko tworząc wspólną skórę (identyfikacja przylegająca). Rezygnacja ze wspólnej skóry jest bolesna, ale pozwala na uwewnętrznienie i identyfikacje z tą częścią matki, która wspiera rozwój dziecka i trzyma je w ramionach (Anzieu, 1898). Jeśli skórne ego działa należycie tworzy to powłokę dającą poczucie bezpieczeństwa. Jeśli wadliwie wtedy według Anzieu tworzy się coś co określa mianem powłoka cierpienia.
Skóra jest zatem płótnem na który rzutujemy swoje lęki i fantazje (Mifflin, 1997r). Staje się pierwszym obszarem kontaktu z dotykiem Innego. Utrzymuje nasze wnętrze w całości. Martin Schmidt mówi, że skóra: „Pełni rolę granicy tworzącej poczucie wnętrza w określonym stosunku do tego co zewnętrzne. Skóra trzyma nas razem. Nasz pierwszy punkt kontaktu ze światem, jest to oryginalny i najbardziej wieloaspektowy organ. Ten niezwykły interfejs między wnętrzem a zewnętrzem, skóra jest systemem kilku narządów zmysłów (odbierających dotyk, ból, przyjemność, ciśnienie, ciepło), które oddychają, chronią, pocą się i wydzielają. Ułatwia funkcje życiowe oddychania, krążenia, rozmnażania, trawienia i wydalania. Skóra jest tym, co ludzie widzą, gdy na nas patrzą; tym, czego używamy do dotykania; tym, czego dotykamy u innych i tym, co pozwala nam wiedzieć, że jesteśmy dotykani. Skóra zdradza nasz wstyd i zażenowanie. Poprzez naszą nagość pokazuje zarówno naszą bezbronność, jak i nasz seksualny powab, naszą chorobę i nasze zdrowie”. H.C. Catz z kolei zwraca uwagę, że: „to, co najgłębsze, skóra ukrywa i odsłania”. Chciałabym przyjrzeć się obrazom jakie umieszczamy na skórze w formie tatuaży. Proponuje, aby potraktować tatuaże jako osobliwą formę języka, który opowiada zawarte w obrazach nie wyrażone historie. Uważam, za Catz, że włączenie tatuażu do procesu analitycznego może nam wiele powiedzieć, jeśli jesteśmy w stanie korzystać z takiego języka wyrazu. Katarzyna Włoch- Hyla, jungowska analityczka mówi, że tatuaż „przenika rzeczywistość cielesną i staje się fizyczną reinkarnacją pochodzącego nie wiadomo skąd, nowo rodzącego się symbolu. Mimo, że widziany był już setki razy, jego znaczenia nie zdołano jak dotąd wyjaśnić. Każdy wykaligrafowany symbol żyje tyle razy, ile oczu na niego patrzy. Zatem refleksja nad wytatułowanym symbolem podobna jest nieco do pisania. Interpretacja zawsze będzie należała do tego, kto czyta i zależała od funkcji jego czytania. Zdaje się to, że to wymagające przedsięwzięcie pragnie czasu, nie pośpiechu. Każde czytanie czy budowanie liter zdań, czy odczytywanie obrazów, stwarza je bowiem od nowa. Tatuaż ożywa na skórze. Skoro w starości żyje to co minione, w formie tatuażu niezmiennie odkrywa się przeszłość.” Pytanie jak czytać te obrazy płynące z ciała, a wypowiedziane w formie obrazu. Czy mogą mieć znaczenie? Czy potrafimy o nich śnić czy raczej mamy z góry wypowiedziane zdanie w sobie o nich. Chciałabym przedstawić przypadek pacjenta, który nie wiele mówił, ale jego ciało, obrazy, które nosił na skórze mówiły wiele i pozwoliły nam zobaczyć czego doświadczył na swojej skórze. A także odbudować doświadczenie umysłu, który jest zdolny do myślenia.
Przypadek Pana A
Pan A zgłosił się do mnie 14lat temu, kiedy właściwie dopiero stawiałam pierwsze kroki w myśleniu psychoanalitycznym. Nie miałam wtedy dostępu do publikacji na temat przekształceń w obrębie skóry, więc tym co mi pozostawało to korzystanie zarówno z własnej intuicji, ale też poleganie na tym, że możemy razem z pacjentem pomyśleć jego historie, która była wcześniej nie do pomyślenia. Albo też wspólnie wyśnić horrory malujące się na jego plecach, rękach i przedramionach.
Kiedy zgłosił się do mnie zobaczyłam przed sobą rozlewającą się postać młodego mężczyzny. Jego ogromna otyłość powodowała, że trudno było nadać mu kształt, a także jego historii. Kiedy na niego patrzyłam wzbudzały się we mnie odczucia odrazy i niechęci. Przeczuwałam, że tak może czuć się pacjent jako ktoś na kogo nie można patrzeć. Dowiedziałam się, że Pan A jest jednym z kilkorga rodzeństwa, a on sam został wysłany na wychowanie do dziadków. Dwoje z rodzeństwa pozostało przy matce i jej konkubencie, a pacjent raz na jakiś czas odwiedzał ich w mieszkaniu jakie zajmowali. Postacie kobiece tak matki jak i babci rysowały się mgliście w przeciwieństwie do męskich postaci. Zarówno ojciec pacjenta, ojczym jak i dziadek mieli skłonność do przemocy i nadużywania alkoholu. W 3 roku wspólnej pracy pacjent przypomniał sobie incydent, w którym jako mały chłopiec został uderzony w głowę czajnikiem przez ojczyma będącego w stanie furii. W domu trwała awantura między matką, a konkubentem i w ferworze walki, ojczym chwycił za czajnik rzucając nim na oślep. W wyniku tego pacjent doznał wstrząsu mózgu i został odwieziony do szpitala. Nigdy jednak ta sytuacja nie znalazła żadnego wyrazu w postaci chociażby rozmowy. Kiedy spotkaliśmy się pierwszy raz pacjent opowiedział mi o tym jak czuje się uwięziony w swoim mieszkaniu. Kiedy mówił o mieszkaniu, ja myślałam o jego ciele i otyłości, z której latami nie mógł się wydobyć. Wyprowadził się daleko od rodziny i podjął mieszkanie wraz z kolegą z pracy. Ukończył techniczną szkołę średnią i zatrudnił się na szrocie, gdzie jako operator maszyny- prowadził proces zgniatania samochodów (powypadkowych, albo starych i niesprawnych). Po pracy całe dnie spędzał w samotności, w praktycznie pustym pokoju jaki zamieszkiwał. Borykał się z samotnością, a także uzależnieniem od napojów energetycznych. Nie miał bliskich relacji, nie nawiązywał kontaktów z kobietami, nie miał za wielu doświadczeń seksualnych. Sprawiał wrażenie cichego, grzecznego wręcz „potulnego” chłopca-misia. Kiedy jednak opowiadał mi o zgniataniu samochodów i zdarzających się wybuchach podczas tego zgniatania mnie włosy stawały na rękach. Próbowałam rozmawiać z nim o tym jak te wybuchy mogą mieć się do niego, ale zawsze mi powtarzał, że on tylko siedzi z boku, a to wszystko dzieje się na zewnątrz niego. Tak chyba miało być, bo kiedy opowiadał mi o agresji swoich bliskich ja bywałam bliska wybuchu, a on uśmiechał się lekko mówiąc mi o tym jakby to była komedia. Wydaje się, że były to gorzkie wspomnienia i uczucia, które osładzał cukier wypełniający napoje energetyczne. Myślę, że Pan A nie miał wewnętrznej energii do stawienia im czoła. Był jak jego pusty pokój, a wszelkie uczucia no właśnie? Gdzie można by ich szukać. Uwagę moją przykuwały tatuaże, które sezonowo mogłam w części zaobserwować na ciele pacjenta. Myślę, że mogłam widzieć tylko część historii, bo reszta była zakryta tak jak pacjent i to co musiał ukrywać pod skórą. Pewnego dnia powiedziałam mu, że przynosi pewne obrazy, których nigdy nie oglądaliśmy, bo właściwie pozostają zakryte czy też ukryte pod ubraniem. Był to zresztą moment, kiedy czułam absolutny impas. Powiedziałam mu wtedy, że wydaje mi się, że jest jakaś część jego historii, która nie może być zawarta w słowach, ale że być może szuka wyrazu w tatuażach, które pokrywają jego skórę. I że może byśmy mogli zacząć czytać razem to co latami próbował opowiedzieć skórnymi malunkami. Na ten komentarz bardzo się ożywił. Właściwie myślę, że zarówno zaniepokoił co zaciekawił. Nie spodziewał się, że mogłabym zainteresować się taki „potwornościami”. Powiedziałam mu wtedy, że trudno mu uwierzyć, że mogłabym być zainteresowana zobaczeniem go w pełni wraz z różnymi historiami jakie malują się na jego skórze. Przez chwilę się zastanawiał i powiedział, że nie może mi pokazać wszystkich, bo musiałby się rozebrać. Zrozumiałam, że to rozebranie się oznaczało coś więcej niż tylko pokazanie swojego ciała, ale pozwolenie na to, aby wyrazić kruchą i delikatną część siebie chronioną pod pancerzem z czaszek. Powiedziałam mu, że to rozebranie się wzbudza w nim wiele lęku i wstydu, bo odsłania coś bardzo delikatnego w nim co chroni przed uderzeniem. I że być może spodziewa się, że tak mnie to uderzy, że bardziej mu coś oddam niż będę mogła wytrzymać z nim trudne dla niego uczucia. To zaproszenie do wspólnego oglądania wyrazów jego życia psychicznego malującego się za pomocą tatuaży pozwoliła nam na otwarcie możliwości oglądania i słuchania o tym co było nigdy nie usłyszane. Nie będę opisywała tatuaży, bo jest w nich coś na tyle intymnego i niepowtarzalnego, że mogłoby być nadużywające gdybym je wykorzystała w tej pracy. Chciałabym bardziej ukazać, jak użycie tej formy wyrazu pozwoliło na otwarcie myślenia i czucia w pacjencie. Tatuaże, którymi było pokryte prawie całe jego ciało przedstawiały mnóstwo symboli. Wielokrotnie do nich wracaliśmy i za każdym razem mogliśmy zobaczyć w nich nowe znaczenia i połączenia. Myślę, że samo poczucie, że jest ktoś kto zaciekawia się, wytrzymuje różne emocje i potrafi zachować myślenie, otwarło drogę do odbudowywania umysłu, który uległ rozpadowi. Pamiętam taką sytuacje, kiedy pacjent przyszedł zdruzgotany, bo jedyne krzesło jakie miał w domu, rozpadło się pod jego ciężarem. Dodam stare krzesło. Miałam wtedy fantazje o umyśle matki będącej w rozpadzie na której nie można się oprzeć, ale też temu, że pacjent nie ma się na czym oprzeć i że brakuje w jego wnętrzu czegoś stabilnego. Wracając do tatuaży na jednym z nich była rozpadająca się, przerażająca wieża otoczona mnóstwem czaszek. Krzyże, czaszki i kości były motywem przewodnim większości tatuaży. Jeden największy ozdabiający plecy pacjenta przedstawiał upadłego Anioła. Mieliśmy różne skojarzenia z czachami też takie, że pacjent był wygłodniały aż do kości. Pamiętamy również, że pacjent doznał urazu czaszki zatem jego doświadczenie śmiertelnego przerażenia, bólu i wściekłości mogło wyrazić się w postaci malunków na skórze. Miał poczucie, że musi stworzyć skórę, w której będzie sam ze swoimi pragnieniami i która jednocześnie będzie chroniła jego delikatne wnętrze.
Po wielu latach, kiedy kończyliśmy tatuaże praktycznie zniknęły z ciała pacjenta. Schudł ponad 80 kilogramów, wracając do rozmiaru M, z XXXL. W wyniku procesu chudnięcia skóra pacjenta wymagała interwencji laserowej. Część z tatuaży zachował, a reszty zdaje się już nie potrzebował. Zawiązał relacje z innymi osobami, kupił własne mieszkanie, dalej praktykował sport i zdrowe odżywanie, zmienił pracę na pracę w kopalni, a także zawiązał miłosną relację. Podczas jednej z ostatniej sesji minął się z moją koleżanką terapeutką, weszła do mnie do gabinetu i zapytała: to był Twój pacjent? Niesamowicie przystojny mężczyzna, chciałoby się na niego patrzeć. Przypomniał mi się wtedy ten moment, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz i pozostawałam z poczuciem, że nie da się na niego patrzeć. Myślę, że możemy na to spojrzeć tak, że pacjent spotykając się z przyjmującym spojrzeniem Innego, mógł zobaczyć te fragmenty siebie, które nigdy nie były widziane i zacząć widzieć siebie w pełni. Patrząc jednocześnie przyjmującym okiem. Chmarzyńska-Golińska mówi: „Rodzaj pożądania po stronie matki/Innego oraz jej zdolność do cieszenia się ciałem niemowlęcia kształtują subiektywne przeżycie istnienia w ciele, a co za tym idzie – poczucie, że jest się pożądanym. Jeśli wszystko przebiega wystarczająco dobrze, wczesny kontakt matki/Innego z niemowlęciem prowadzi do ukonstytuowania się życzliwego obserwatora: Innego, który widzi, kim jesteśmy, a nadal nas kocha. Powiedzenie, że „miłość jest ślepa” może zatem być mylące: miłość to widzenie połączone z akceptacją tego co się widzi.” Myślę, że pacjent pragnął być zauważony, wyglądał napastliwie a w tym zawierała się tęsknota za miłującym spojrzeniem wypełnionym poczuciem, że jest się godnym miłości. Ten napastliwy wygląd ukazywał to czego najbardziej się obawiał i zarówno spodziewał- odrzucenia.
Stany zapalne -w obrazie
Pani E zgłosiła się na terapię wiele lat temu, deklarowała wtedy potrzebę jednej, no może dwóch konsultacji. Zostałyśmy razem również na wiele lat. Pani E była cenionym lekarzem, który był podziwiany za niezłomność i poświecenie w pracy. Można by powiedzieć- urodzona bohaterka. Oczywiście nigdy nie narzekająca i zawsze z uśmiechem na twarzy. Jedną z takich historii, które z dumą były opowiadane przez kolegów z pracy, a później przez pacjentkę była sytuacja, kiedy Pani E reanimowała prawie martwego człowieka. Koledzy według procedury zalecili, żeby zakończyła bezskuteczne działania, ale ona kontynuowała i uratowała tego człowieka. Pierwsza relacja pacjentki zakończyła się rozwodem po kilkunastu latach małżeństwa. Mąż Pani E nie był w stanie zaangażować się emocjonalnie w relację z pacjentką ani z córkami. Po rozwodzie właściwie całkowicie wycofał resztki zaangażowania z kontaktu z córkami. Oddał się za to w całości miłości do koni i stadniny, którą założył. Czyli mamy kolejną martwą emocjonalnie osobę na obrazie życia pacjentki. Pacjentka wyszła drugi raz za mąż za swojego pacjenta. Poznali się w gabinecie lekarskim i dosyć szybko wzięli ślub. Pan A z wykształcenia murarz bardzo szybko po ślubie przejął obowiązki opieki nad domem i zrezygnował z pracy zawodowej na budowie. Wybudował dom, w którym mieszkali, dbał o piękny ogród, zawoził córkę Pani E i swoją do szkoły. Pan A również był po rozwodzie, miał troje dzieci, ale starsze z nich nie chciały utrzymywać z nim kontaktu. Kiedy były małe wyjechał do pracy za granice i zostawił je same z uzależnioną od alkoholu matką. Kiedy poznali się z pacjentką, była żona jego leżała od wielu w śpiączce, ale prawie martwa za życia. Wydawało się, że związek z Panem A jest spełnieniem wszelkich marzeń, a czasami nawet miałam wrażenie, że mówiąc o nim oglądamy wyreżyserowany film. Podczas gdy pacjentka w idealizacji opisywała mi swojego męża, ja postrzegałam jego zachowania jako okrutne i przemocowe. Byłam przerażona wrogością i nienawiścią jaką kierował do córki pacjentki. Czułam, jak płonę od środka z wściekłości. Kiedy ja odczuwałam piekielnie mordercze uczucia, pacjentka zachwycała się rajskim ogrodem, w który Pan A właśnie kończył kolejny wodospad z szumiącym strumykiem. Miałam wtedy fantazje, że ten strumyk usprawiedliwień ma gasić w pacjentce wściekłość. Ten rajski klimat mógłby tak trwać niezmącony, gdyby z pomocą nie przyszło ciało i to co sobą wyrażało. Pani E wyznała pewnego dnia, że mają z mężem problemu seksualne z uwagi na kwestie związane z jej stanami zapalnymi. Po każdym stosunku seksualnym pacjentka dostawała silnego stanu zapalnego narządów kobiecych, który nie ustępował długie dnie. Dochodziło wtedy do nadkażeń również w obrębie układu moczowego co powodowało uporczywe i bolesne objawy. Wykluczało zarazem możliwość zbliżeń seksualnych i powodowało w Panu A, ale także pacjentce poczucia winy. Z uwagi na to, że pacjentka była lekarzem miała całkowitą świadomość zresztą opartą na wykonanych różnych badaniach, że objaw jaki emituje jej ciało nie ma nic wspólnego z kwestiami medycznymi. Zaprosiłam ją do tego abyśmy posłuchały jej ciała i spróbowały poszukać języka, który mógłby nazywać to co dzieje się z jej ciałem. Pomimo tego, że była lekarzem i zajmowała się ciałami innych osób niewiele wiedziała o swoim ciele i nie miała z nim kontaktu. Miałyśmy wtedy myśli, że jakaś część jej życia jest martwa. Pierwszy raz wtedy płakała na sesji, przepraszając przy tym i mówiąc z pogardą: jak można tak ryczeć. Jasnym stało się, że krytyczny, wymagający i okrutny mąż stanowi część organizacji psychicznej pacjentki. Na wrażliwość, miękkość i bycie potrzebującą nie było miejsca. Jak również na smutek czy złość. W dzieciństwie Pani E doświadczyła zimnej i nieobecnej relacji z martwą, ale wciąż żywą matką. Matka pacjentki zmagała się z głęboką depresją i wcześnie popadła w demencje. Rozumiałam, że jej potrzeba zastania lekarzem i porzucenia muzyki, którą kochała była próbą ożywienia i wyleczenia martwej matki. Po nieudanej próbie wrócenia matki do życia, nakłonienia do zabawy, dziecko próbuje się z nią identyfikować i naśladować ją- jeśli nie mogę być kochany przez matkę to stanę się nią albo poprzez przeciw identyfikacje bycie odwrotnością. (A. Green). Podczas gdy matka pacjentki reprezentowała całkowitą bierność wobec życia, pacjentka była nadaktywna, mówiła, że nie potrafi siedzieć, brała nadmiarowe dyżury. Bierność kojarzyła jej się ze wstydem i bezradnością. W dzieciństwie oznaczało to dla niej śmierć na różnych poziomach. Musiała stale coś robić w działaniu, żeby nie czuć i nie potrzebować niczego od nikogo. Pragnienia pacjentka realizowała przez opiekę nad innymi, którzy byli bezradni i potrzebujący. Potrzebowanie kogoś kto byłby zainteresowany nią, troszczący się o nią było w jej poczuciu skazane na porażkę. Donald Winnicott skutki takich wycofań z autentycznej percepcji i spontanicznych zaistnień, widział pod postacią zaawansowanego Fałszywego Self (pacjentka notorycznie podsyłała mi pacjentów, myśląc, że w ten sposób będę ją chciała i pożądała ją, kiedy chorowałam wchodziła w rolę lekarza i stawiała mi diagnozy- „Pani ma chyba zapalenie krtani”). W istocie zależne dziecko by żyć potrzebuje mieć poczucie, że rodzic jest dobry, odwraca się zatem od własnego postrzegania, uczuć i potrzeb. Chroniąc rodzica, obarcza winą siebie - czuje się złym dzieckiem i coraz bardziej próbuje zadowolić otoczenie. Być może w wycofywaniu się z przeżywania autentycznych uczuć, w tym również ochronnej agresji znaczenie ma również fakt, że jesteśmy istotami relacyjnymi i rządzi nami - coś na kształt - pierwotnego lęku. Ten podpowiada nam, że bez przynależenia do stada nie przetrwamy. Pacjentka nie mogła patrzeć na siebie, kiedy stawała się czującą i przeżywającą istotą. Nie mogła śpiewać, bo jakikolwiek ślad czy wyraz jej emocjonalności i autentyczności powodował złość w matce i jej coraz większe zapadanie się. To wszystko co nie mogło zmieścić się w doświadczeniu emocjonalnym mogło nam opowiedzieć ciało, a pacjentka mogła ugasić stany zapalne- opłakując te części siebie, które nie mogły być wyrażane, a tym samym pacjentka nie mogła być w pełni sobą. Zrozumiałym dla nas stało się, że stany zapalne nie tylko opisują nie możliwą do wyrażenia w inny sposób wściekłość na męża i chęć ukarania go, ale również to jak trudno pacjentce jest być w bliskości i autentyczności. W 5 roku terapii Pani E wróciła do śpiewania i nagrał płytę z kolędami. Dała mi przed świętami w prezencie płytę z nagranymi kolędami. Zastanawiałam się wtedy czy mogę jej słuchać, czy powinna być w ukryciu. Poczułam, że tego właśnie brakowało pacjentce, doświadczenia, że ktoś może jej słuchać i że w tym zawiera się też naturalna potrzeba bycia pożądaną. Joanna Chmarzyńska- Golińska mówi: „Pragnienie bycia oglądanym i podziwianym wymaga obecności Innego, który nie tylko chce patrzeć, ale przede wszystkim chce czerpać przyjemność z kontaktu z pożądanym”. W 6 stym roku analizy pacjentka nagrała płytę z kołysankami dla wnuków, jeden egzemplarz również mi zostawiła. Różnie o tym myślałyśmy, ale ja poczułam, że pacjentka może przynieść siebie jako dziecko i nie czuć wstydu ze swoich pragnień bycia utuloną. Objawy z ciała stopniowo ustępowały, w miarę jak pacjentka mogła integrować w sobie różne uczucia, w tym piekącą wściekłość. Rok po zakończeniu terapii pacjentka zadzwoniła mówiąc, że jest już po rozwodzie. I że jej rozwód nie dotyczył tylko Pana A, ale tej części w sobie która pozwalała na bycie używaną i przemocowo traktowaną. Na pożegnanie dostałam od niej kartkę z cytatem Viviane Green zmodyfikowanym przez pacjentkę. Nie wiedziała, a może jakoś wiedziała, że w pracy z nią nawiązywałyśmy do teorii martwej matki Andre Greena. Cytat brzmiał tak:
„W życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie. Pani nauczyła mnie jak tańczyć w deszczu”. W. Green
W-raki na dnie ciała. O b-raku.
Pani C zgłosiła się do mnie z polecenia przyjaciela kuzyna, który ukończył terapię 2lata wcześniej. Powodem była śmierć ojca i lęk pacjentki przed wznową raka. Kiedy zaczynałyśmy Pani C miała 45lat, dorosłą już córkę i dwoje nastoletnich bliźniaków. Opowiedziała mi, że w wielu 19lat zdiagnozowano u niej białaczkę. Po długim leczeniu, przeszczepie szpiku wróciła do zdrowia. Kilka lat później, kiedy zaszła w nieplanowaną ciążę sytuacja się powtórzyła. Niedługo po porodzie pacjentka przeszła powtórne leczenie onkologiczne. Kiedy się spotkałyśmy od tego momentu minęło blisko 20lat, ale pacjentka cały ten czas czuła pod skórą, że rak może powrócić. Oczywiście z medycznego punktu widzenia taki stan rzeczy był całkowicie zrozumiały. Ale przypuszczałyśmy, że być może gdzieś na dnie schowane są jakieś wraki. Nigdy nie odkryte fragmenty jej samej, zatopione, ale mogące się wynurzyć i krążyć po jej układzie limfatycznym. Kiedy chorowała na białaczkę ani za pierwszym razem ani kolejnym nikt z nią nie rozmawiał ani o jej uczuciach, lęku przed śmiercią ani też nie zastanawiał się nad tym czego obrazem może być taka reakcja układu immunologicznego, który w naturalnym stanie stanowi bazę ochronną. Jeśli układ działa nieprawidłowo, nie jest w stanie rozpoznać patologicznych komórek, a tym samym nie może się przed nimi bronić. Te, niekontrolowane, zaczynają się gwałtowanie rozrastać, niszcząc inne potrzebne organizmowi komórki (np. czerwone krwinki). Kiedy zaczynałyśmy spotkania pacjentka opowiedziała mi o niepokoju jaki wzbudziła w niej wiadomość, że w jej miejscowości mężczyzna popełnił samobójstwo rzucając się pod pociąg. Pomyślałam wtedy o niepokoju pacjentki, że być może w niej jest jakaś samobójcza część dokonująca ataku na siebie. Miałam wtedy skojarzenie z rakiem jako częścią zatopionego okrętu, wraku, który spoczywa na dnie, a wraz z nimi różne nierozpoznane uczucia. Kiedy zastanawiałyśmy się nad okresem, kiedy wystąpił rak pacjentka opowiedziała mi, że czuła się bardzo samotna. Ojciec był uzależniony od alkoholu, a ona starała się ratować wtedy matkę wspierając ją w poszukiwaniach ojca. Kiedy zastanawiałyśmy się nad rakiem do głowy przyszedł mi b(rak). Niedługo po tym okazało się, że mąż jest uzależniony od alkoholu, ale nigdy tego nie dopuściła do świadomości. Także faktu, że przez 20lat w większości czasu jest samotnie wychowującą matką. Mąż pracował za granicą w trybie 2 miesiące z dala od domu, później wracał na miesiąc do domu. Wywiązywał się z obowiązków zawodowych, miał dobrze płatną pracę, a pijał w taki sposób, że nie wiele osób przypuszczało, że ma problem z alkoholem. Kiedy mogłyśmy o tym rozmawiać i o jej uczuciach z głębin wypłynęły jej pragnienia i potrzeby, których się wstydziła i ukrywała je. W jakiś sposób czuła, że umiera wewnętrznie odwracając się od życia i potrzeb, a tym samym atakując coś twórczego w sobie. Była trochę jak rak, który cofa się, ucieka, kiedy czuje wściekłość albo kiedy odczuwa pragnienia. Mate Gabor wspomina, że wśród czynników ryzyka wystąpienia raka pojawia się niezdolność do wyrażania emocji, szczególnie gniewu. Tłumienie gniewu zaś przyczynia się do nasilenia fizjologicznego stresu. Do tego należałoby dodać osamotnienie, beznadzieje i brak wsparcia społecznego. Bo jeśli ma się przekonanie czy też doświadczenie, że pewnych emocji nie można wyrażać, bo są negatywne to wtedy tłumi się swoje autentyczne Ja i nie można być prawdziwym na najgłębszym poziomie. Zamiast bycia żywym człowiekiem stajemy się wrakiem człowieka. Upośledzenie zdolności do rozpoznawania JA od NIE JA rzutuję na fizjologie i możemy to zobaczyć na poziomie komórek, tkanek i organów ciała. Układ odpornościowy staje się zbyt pomieszany, aby odróżnić własny organizm od komórek intruza albo uniemożliwiający ochronę przed niebezpieczeństwem. Komórki odpornościowe, które atakują własny organizm są w normalnej sytuacji zabijane lub unieszkodliwiane. Jeśli tak się nie dzieje to zwracają się przeciwko własnym tkankom. Mate Gabor używa sformułowania, że układ immunologiczny działa jak „płynny mózg”. Myślę, że ta metafora bardzo trafnie ukazuje ten moment, kiedy coś co jest nie do pomyślenia wchodzi podskórnie w krew na tyle, że krąży swoim życiem. Kiedy kończyłyśmy nasze spotkania mąż na stałe wrócił do Polski i podjął się terapii uzależnień. Pacjentka powiedziała mi wtedy, no cóż musimy poznać się od nowa. Ale ta odnowa myślę, że miała tutaj znaczenie reparacyjne. Udało jej się odbudować relację z mężem, ale także ustanowić od-nowa kontakt na osi ciało-umysł.
Na zakończenie- uznanie bolesnej prawdy. Tematy drażliwe.
A co, jeśli ciało to tylko ciało? Albo jeśli objaw to nie tylko objaw choroby, a przemijalności w tym naszego ciała?
Pan R zgłosił się do mnie z polecenia, w telefonie jego głos brzmiał bardzo miękko i ciepło. Ale na koniec rozmowy, kiedy ustalaliśmy termin pierwszego spotkania Pan R powiedział, że jest jedna sprawa, która może być problemem. Wie Pani, bo ja mam 75lat, ale nie chce faszerować się lekami na tą nerwicę. Synowa mówiła, że najlepiej psychoterapia. I żeby do Pani, bo koleżanka synowej chodziła kiedyś. Tylko czy nie za późno? I czy w tym wieku jeszcze coś się da? Nie wiedziałam wtedy co mu odpowiedzieć. Po krótkiej chwili odparłam, że będziemy mogli tyle ile jest możliwe. I że możemy spróbować. Kiedy odłożyłam słuchawkę poczułam, że jestem przerażona. Nigdy nie pracowałam z pacjentem w takim wieku, zastanawiałam się czy rzeczywiście to ma jakiś sens. Freud co prawda początkowo postulował wiek 50 lat jako wyznacznik granicy do jakiej można pracować z pacjentami, ale oparcie dawał mi artykuł Segal („Lęk przed śmiercią: uwagi o analizie mężczyzny w podeszłym wieku”.) Nieświadomie moje myśli krążyły wokół śmierci, a stan jakim się wypełniałam dotykał paniki. Jak sądzę na jakimś poziomie zdaje się byłam przerażona spotkaniem z przemijaniem i śmiercią, podobnie jak mój pacjent. Z tym, że nasze ciało się kiedyś kończy w my w raz z nim przemijamy. Pan R był emerytowanym inżynierem, z uwagi na stan zdrowia leżał i leży do dzisiaj na kozetce co zresztą bardzo lubi. Jest to człowiek niezwykle sprawny intelektualnie, ale też niezwykle schorowany i na stałe przyjmujący wiele leków. Spotykając z nim przeżywałam wiele poczuć beznadziei czy mogę mu jakoś pomóc. Tak jakbym miała omnipotentnie naprawić utraty, które są wpisane w życie i nieuniknione. Te uczucia pozwalały mi jednak rozumieć z czym musimy się z-mierzyć razem. Czy to jest nasza ostatnia sesja? Czy się zobaczymy jeszcze? A kiedy pacjent zasypiał ja zastanawiałam się czy śpi, śni czy zmarł. Albo kiedy spóźnił się na sesje…co zrobię, jeśli umrze, czy pójdę na pogrzeb, czy ktoś da mi znać. Pan R chorował przewlekle na kilka chorób, ale też miewał stany paniki, które dodatkowo podsycił covid. Z namiętnością opowiadał mi o wszystkich objawach z ciała, lekach i wizytach lekarskich. W dodatku raczył mnie sformułowanie Pani doktor. Jakbym miała być kimś kto znajdzie magiczne recepty i uleczy pacjenta. Czasem czułam się pogubiona co z tych jego objawów jest związanych z somatyką, a co wyraża stany emocjonalne pacjenta. Najbardziej uporczywym objawem z jakim zmagał się Pan R były dolegliwości układu pokarmowego zdiagnozowane jako zespół jelita drażliwego. Gabor Mate podpowiada, że układ nerwowy jelit składa się ze stu milionów komórek nerwowych. Komórki te nie tylko koordynują trawienie, wchłanianie i procesy wydalnicze, ale reagują na bodźce emocjonalne. Mając na uwadze to połączenie ciało-umysł pomyślałam, że być może jest coś bolesnego i drażliwego dla Pana R czym moglibyśmy się zaciekawić słuchając tego co przez jelita zawiera się w emocjonalnej historii pacjenta. Przerażenie rodzi się w świecie wewnętrznym, a potem jest projektowane lub językiem Ferro ewakuowane w obiekt (w tym przypadku w ciało) który sam w sobie jest nie groźny. Zatem coś groźnego i drażliwego zawierało się wewnątrz w umyśle Pana R. Rozmawiając o drażliwych jelitach doszliśmy do tematu śmierci i smutku, że Pan R być może nigdy nie doświadczy bycia dziadkiem. Uznanie, że jest śmierć, straty i że ciało a wraz z nim my mamy swoje ograniczenia pozwoliło Panu R zrezygnować z części obciążających go suplementów (prawie na wszystkie części ciała i narządy) na rzecz poszukiwania oparcia w naturze. Zainteresował się słuchaniem medytacji, ziołami, olejkami. Mogliśmy przy tym być zarówno blisko bólu i lęku przed śmiercią, ale też przy życiu, które zostało. Przy możliwości rozmawiania i o tym co przeminęło, ale też o tym co żywe jest nadal w pacjencie. O jego miłości do westernów, muzyki country i niesamowitej pasji do oglądania filmów przyrodniczych. Kiedyś się zaśmiał i powiedział, że myślał, że jak człowiek jest taki stary to może już tylko czekać na śmierć. A okazuje się, że jeszcze ktoś chce go słuchać. Wydaje się, że pomieszczająca przestrzeń myślenia i nadawania znaczeń pozwoliła pacjentowi zawrzeć jego lęki tak, że nie dochodziło do zalania ciała pobudzeniami. Zaczął rozpoznawać też śmierć jest każdorazową możliwością życia. Mógł również cieszyć się życiem, które mu pozostało. Ta możliwość myślenia, rozmawiania i czucia pozwoliła na to, aby drażliwe tematy w jelitach nie zalegały, a mogły być trawione w umyśle. Nie da się naprawić rzeczywistości, być zanurzonym w fantazji o zawsze dobrze funkcjonującym ciele, które nie ma ograniczeń. Wszystko się kiedyś kończy, ale czy jesteśmy na to przygotowani?
Drzewo nadziei
Strzaskana kolumna
Dwie Fridy
Poznań 30.11.2024





Komentarze
Prześlij komentarz