Maja Stefaniec-Muchorowska, Do utraty przytomności. Przyczynek o pragnieniu.
Słowo appetere – „pragnąć, dążyć do, pożądać” inaczej znaczy: sięgać po coś, zmierzać ku czemuś z pragnieniem. Zwykliśmy odnosić to pojęcie zarówno do jedzenia, seksu, życia, wiedzy, jak i władzy, terytorium i destrukcji. Ale gdybyśmy przyjęli za Lacanem rozróżnienie na popęd oraz pragnienie i ulokowali apetyt (w przeciwieństwie do głodu) w tej drugiej kategorii - moglibyśmy uznać apetyt za szczególny, inkorporacyjny rodzaj pragnienia. Według Lacana pragnienie jest uczuciem niemożliwym. Obiekt, wywołujący nasze pragnienie, jest obiektem nie w pełni osiągalnym, zawsze w pewien sposób oddalonym i związanym z immanentnym w nas brakiem. Nie jesteśmy w stanie w pełni posiąść obiektu pragnień, gdyż w samej istocie pragnienia ukryty jest paradoks. Pragnienie obiecuje spełnienie, jednak zawsze - niczym cień kroczący przed nami - jest nieuchwytne, a obiekt pragnień wymyka się nam. W filmie „Rodzaje życzliwości” bohaterowie wydają się próbować, w nierzadko szokujący i brutalny sposób, przełamać tę niemożliwość. Pełna kontrola nad życiem obiektu, skłonienie do najwyższych poświęceń (jak ćwiartowanie i składanie w ofierze własnego ciała), aktów będących w sprzeczności z najgłębszymi warstwami jestestwa, wymóg perfekcyjnej wiary, miłości, podległości - to apetyty kierowane zarówno do bohaterów filmu, jak i w pewnym sensie do nas wszystkich, przez kulturę, społeczeństwo, bliskich, a co najuważniejsze – do siebie samych. Dla mnie szczególnie głęboko zakorzenioną i dobrze przebraną w „dbałość o dobro dziecka”, odmianą tego apetytu, jest dzisiejszy kulturowy przekaz wobec rodziców - „bądźcie idealni”, oczywiście ironicznie przeplatający się z komunikatem „jesteś wystarczający” (w tym kontekście brzmiącym, niczym kolejny niemożliwy do spełnienia wymóg). Gdybyśmy mieli zastanowić się więc, kto w nas pragnie?
Czy na pewno, tak jak sugerował Freud, tylko id? Możemy zadać pytania: czego mogłoby pragnąć surowe superego a czego pragnęłoby ego? Oczywiście ciekawe do zbadania byłyby konflikty pragnących w nas, nakładanie się pragnień własnych z pragnieniami obiektu wobec nas. Przecież lacanowskie pragnienie jest zarazem nasze, jak i, może bardziej - innego wobec nas. W czyich oczach zatem chcemy się tak niejednokrotnie łapczywie przeglądać, a może i zatopić? W gabinecie prowadziłoby to do pytania, czego pacjent pragnie, żebyśmy wobec niego pragnęli?
jestem zaczadzona pięknem mojego ciała.
patrzyłam dzisiaj na siebie twoimi oczyma.
(…)
widziałam się jak gdyby poprzez szkło w twoich
oczach patrzących na mnie czułam twoje ręce na ciepłej napiętej skórze moich ud i posłuszna twojemu rozkazowi stałam naga naprzeciw wielkiego lustra.
a potem zasłoniłam oczy twoje żeby nie widzieć i nie czuć samotności mojego rozkwitłego tobą ciała.
„Lustro”
Halina Poświatowska
Pragnienie jest dążeniem do obiektu, ale z zamiarem osiągnięcia niemożliwej pełni - jego najgłębszy cel jest zatem związany w swojej istocie z samounicestwieniem (pragnienia). Czy więc uczucie pełni, wpisane w oceaniczną relację prenatalną, nie byłoby najgłębszym zapisem stanu, do którego będą dążyć w sposób nieuchronnie nieświadomy, wszelkie pragnienia?
Czy nie taką sytuację oddaje Marina Abramović i jej partner w performansie „Wdech/Wydech”? Artyści siedzą naprzeciw siebie z ustami złączonymi w pocałunku. Oddychają tylko tym, co wydycha drugie ciało – ich nosy zatkane są filtrami papierosowymi. Przez 17 minut wymieniają się tym samym powietrzem, aż oboje tracą przytomność z powodu niedotlenienia. To brutalne przedstawienie pełnej symbiozy i zależności, w której partner staje się jedynym źródłem „oddechu” – nie tylko w sensie fizjologicznym, ale także symbolicznym. Pocałunek, będący tu protezą pępowiny, staje się duszącym życie aktem.
Widzimy tu, że apetyt na bliskość, pragnienie jedności ostatecznie kończy się katastrofą - brak granic, stopienie, sytuacja zaniku różnic, a z nią – możliwości ruchu, bycia w relacji, transformacji, uśmierca to, co żywotne w nas. Pojawia się pytanie - jak uznać w sobie ambiwalentną myśl, że ruch do, będący pragnieniem, życiem, wszystkim, do czego dążymy, może być zarazem tak duszący i morderczy w skutkach?
A może jesteśmy w stanie pójść tropem przyczyn takiego śmiercionośnego podążania za tą niebezpieczną stroną pragnienia? Być może koniecznym będzie tu powrót do rozważań o zależnościach między głodem a apetytem, a dokładniej - dysregulacji pragnień w obliczu realnej deprywacji somatycznej. Pamiętamy, że uwolnieni z Auschwitz niejednokrotnie przejadali się na śmierć. Możemy uznać, że głód fizyczny został zaspokojony, jednak to właśnie apetyt niejednokrotnie doprowadzał do śmierci. Osoby, które doznały różnorakich, traumatycznych deprywacji, mogą mieć tendencję do wyjątkowo kurczowego trzymania się obietnicy składanej kłamliwie przez pragnienie i podążania tropami pułapek niekończącego się apetytu. Osoby z doświadczeniem wystarczającego zaspokojenia będą umiały traktować pragnienie jako kierunek, napęd, ale z możliwością pozostania w sferze zabawy, cudzysłowów i twórczego przechodzenia między rzeczywistościami pragnienia i utraty z nim związanej.
Pragnienie jest więc ruchem do, dostarczającym żywotności, uskrzydlenia - obiecuje, chociaż też nierzadko „daje po łapach” i rozczarowuje, a czasem i poddusza, a nawet uśmierca. Czy ze względu na te niebezpieczeństwa powinniśmy unikać wszelkich pragnień? A może, jako jeden z najdonioślejszych kroków rozwojowych człowieka, wpisanym w proces stawania się kultury i powstrzymywania od realizacji wszelkich zachcianek, jest naszym skarbem? Jeśli pójdziemy za lacanowskim stwierdzeniem, że nieświadomość jest ustrukturyzowana jak język, to możemy przyjrzeć się na nowo składni. Z lekcji polskiego pamiętam, że każde zdanie musi zawierać orzeczenie, czyli żeby zaistniało jest konieczne, by zawierało element działania. Pełnia wyklucza ruch, wycina czasowniki z naszych umysłów, pozostawiając z porozrzucanymi, nie powiązanymi podmiotami. Dopiero w ruchu do, pragnieniu, realizuje się nasze życie umysłowe i tworzą nieustanne połączenia.
Czy więc możliwa jest praca w gabinecie bez podjęcia próby zrozumienia świata pragnień wirujących w przestrzeni przejściowej? Kiedy wyłania się struktura pragnień, zyskujemy dostęp do nieskończenie wielu historii, należących do nas i naszych pacjentów?
Jakie pytania możemy zadać sobie, mając na uwadze powszechność tego doświadczenia? W mojej głowie nieustannie pojawiają się pytania, związane nierzadko z konkretnymi procesami terapeutycznymi. Czy można próbować realizować pragnienie, doprowadzając się zarazem do skrajnego głodu? Czy możemy pragnąć żyć bez pragnień? Na usługach jakiej zasady działa nasze pragnienie? Kim jest obiekt pragnienia i z jakim brakiem musi nas nieuchronnie zderzyć? Czy można wytrzymać niemożliwość, wpisaną w strukturę pragnienia czy jedynym prawdziwym ruchem wewnętrznym pozostanie zaprzeczenie tej rzeczywistości? W jaki sposób pragnienia wyrażają się we właściwościach fizycznych, rozrzedzając się, intensyfikując, przeciążając, a niekiedy grudowaciejąc lub zastygając? Jaka jest ewolucja pragnień naszych pacjentów. I - co chyba najważniejsze dla mnie w gabinecie - jak nasze pragnienia kierowane wobec obiektu psychoanalitycznego przenikają się i w jakie dialogi wchodzą z pacjentami, czyli jakiej piersi poszukują i w jakiej przeglądają się nasi pacjenci i my sami?
Interesujący przykład wyłonił się na niedawnej sesji z pacjentką, przesiąkniętą silnym lękiem i nienawiścią wobec wszelkich relacji zależnościowych (co implikuje też lęk przed wszelkimi pragnieniami kierowanymi w procesie do mnie). Świeżo po ustalonej wcześniej zmianie settingu - zagęszczeniu sesji, pacjentka we wzburzeniu powiedziała „chc” po czym skorygowała się, mówiąc „chciałam więcej sesji”. Suche „chc” uwięzło jej w gardle, nie dając możliwości doświadczenia zmiękczającego „ę” na którym mogłoby bezpiecznie wylądować. „Chc” wymaga krótkiego wydechu, czyli rozluźnienia, a zarazem wymowa tego urwanego słowa zmusza nas do napięcia mięśni i nie dopuszczenia próbującej uwolnić się samogłoski. „Chciałam” było już zabiegiem fałszującym rzeczywistość wewnętrzną, oddalającym ją od prawdy na temat pragnienia kierowanego do mnie i naszej pracy. Tego samego dnia, nieco wcześniej, ta sama pacjentka zgłaszała ściskający ból gardła, tak jakby coś w jej przeżyciu nie mogło przedostać się do aparatu mowy i do przestrzeni naszych wymian. Ten ból gardła zrozumiałyśmy jako instancję kawałkującą jej połączenia i odrywającą od najgłębszych części „ja”, a w szczególności od jej pragnień.
Czy możemy tu mówić o metapragnieniu? Pragnieniu kierowanemu wobec własnych pragnień, żeby przestały być widzialne, a może nawet istnieć?
Z pewnością słowo „chc” zostawia nas z poczuciem niemożliwości odkrycia świata pragnień bez wsłuchania się w brak na sesji – ciszę, przerwania, zapadnięcia.
Zarazem pokazuje największą jej deprywację życiową, miękkie „ę” symbolizuje nieobecny w jej życiu matczyny namysł, uważność i trzymanie jej uczuć w świecie osadzonym w surowości rzeczywistości.
Pragnienie ma w sobie tyle zagadkowości i paradoksalności, że żadne podsumowanie nie zbierze jego natury. Może więc w jego miejsce wsłuchajmy się w ostatni dziś głos artysty, fragment oddający niemożliwą naturę opisywanego zjawiska, we fragmencie piosenki „Miłość, miłość” Krzysztofa Zalewskiego:
Ciebie więcej chcę, musi mi to przejść
I minąć mi miłość, i inne słowa
Nie potrzebuję słów, mówiłem ci to już
Dopłyną donikąd, to tylko słowa
Ciebie więcej chcę, musi mi to przejść
I minąć miłość, mijamy sobie
Maja Stefaniec-Muchorowska - psycholożka i psychoterapeutka psychoanalityczna, od lat związana z Wrocławskim Centrum Psychoterapii. Autorka tekstów eseistycznych i refleksyjnych z pogranicza psychoanalizy, filozofii i sztuki.
fot. Cottombro



Komentarze
Prześlij komentarz