Dominika Borowska-Stasica, Czy chcesz zobaczyć, jak umrzesz?
Czy taka wiedza coś by w Tobie zmieniła?
A jeśli tak, to co dokładnie?
Czy świadomość własnego końca odebrałaby życiu sens i radość?
Czy uruchomiłaby mechanizmy obronne: wycofanie, zamknięcie w azylu (wewnętrznym lub zewnętrznym), zaprzeczanie, racjonalizację, a może ucieczkę w uzależnienia?
Czy widmo śmierci zaczęłoby organizować całe Twoje życie?
A może stałoby się odwrotnie:
czy kontakt z nieuchronnością końca pozwoliłby pełniej być, intensywniej doświadczać, bardziej doceniać chwilę obecną, relacje, ciało, emocje, to, co żywe i dostępne tu i teraz?
Z perspektywy psychoanalizy konfrontacja z własną śmiertelnością dotyka samego rdzenia podmiotowości. To moment, w którym iluzja wszechmocy ego pęka, a podmiot spotyka się z granicą, brakiem i skończonością. Śmierć, podobnie jak trauma, nie tyle niszczy sens, ile go reorganizuje: zmusza psychikę do przebudowy znaczeń, wartości i relacji z obiektami.
„Dzięki, Chuck!” (Thanks, Chuck!) to kultowe zdanie z noweli Stephena Kinga „Jest krew…”, spopularyzowane również przez ekranizację „Życie Chucka” (2024), i odnosi się do Charlesa Krantza. Jego radosny taniec na ulicy, pojawiający się w chwili, gdy świat zmierza ku końcowi, nie jest zaprzeczeniem śmierci ani ucieczką w iluzję. To akt afirmacji istnienia pomimo nieuchronnego końca, moment integracji, w którym życie i śmierć przestają się wykluczać.
Film pokazuje jednak coś jeszcze: istnienie dwóch porządków prawdy, które nie konkurują ze sobą, lecz wzajemnie się dopełniają.
Pierwszy to prawda obiektywna, logiczna, matematyczna: ta, która opisuje świat w kategoriach faktów, struktur, praw i nieuchronności. To prawda końca świata, rozpadu, śmierci; porządek, którego nie da się zanegować ani „przetańczyć”.
Drugi to prawda doświadczana (Bion by powiedział, że formowana na jej podstawie), ujawniająca się w ciele, ruchu, relacji i afekcie.
Prawda tańca.
Nie daje się ona w pełni wypowiedzieć ani policzyć, ale można ją poczuć.
Z psychoanalitycznego punktu widzenia są to dwa niezbędne wymiary ludzkiego istnienia: porządek symboliczny, który porządkuje i nazywa rzeczywistość, oraz porządek doświadczenia, które staje się udziałem podmiotu. Wybór jednego kosztem drugiego prowadzi albo do martwej racjonalizacji, albo do chaotycznego zalania afektem. Dopiero ich współobecność pozwala na psychiczną integrację.
Film zdaje się sugerować, że obie te prawdy są potrzebne, zamierzone i że nie powstały przez przypadek. Jeśli Bóg jest Stwórcą porządku, to stworzył zarówno matematyczną logikę świata, jak i możliwość jego przeżywania: ciało, rytm, taniec i zachwyt.
Jedna prawda mówi, jak jest, druga odpowiada na pytanie, jak być w obliczu tego, co jest nieuchronne.
W tym sensie koniec świata nie unieważnia sensu, ale zarówno go tworzy, jak i domyka. Świat kończy się zawsze w konkretnym człowieku i w pojemności jego pamięci.
I rozszerza się po nawiązane za życia relacje i bliskie nam osoby, a potem na pamięć następnych pokoleń.
Każdy z nas nosi w sobie własny wszechświat znaczeń, którego narodziny i śmierć, a także różne porządki, i te logiczne, i egzystencjalne, splatają się w jedyny i niepowtarzalny sposób.
Czy potrafimy to zauważyć, poczuć, docenić i celebrować?
Bo być może to właśnie oznacza „pozostawanie żywym i obecnym w swoim życiu”?



Komentarze
Prześlij komentarz