Maja Stefaniec-Muchorowska, Bazyliszek - brat Śnieżki, czyli przyczynek o zagmatwanych losach relacji z lustrem w literaturze i psychoanalizie.

 

 


Lustra od zawsze fascynowały literatów, a z czasem i psychoanalityków – dzięki swojej poruszającej symbolice – nawiązującej do spojrzenia obiektu, obiektualności i budowania tożsamości.

Skłaniają do zadawania pytań dotyczących różnych form wchodzenia z nimi w relacje. Szczególnie ciekawe wydają się być pytania sięgające granic możliwości luster i ich niszczącej mocy.

Kiedy spojrzenie obiektu zamiast konstytuować, nadawać sens i tożsamość – rozbija nas, atakuje, upokarza… czy taką sytuację możemy widzieć rozwojowo? A może takie spojrzenie lepsze jest od obojętności?

Czy lustro nienawiści może zawierać nas w wystarczającym stopniu, by rozwinąć jakkolwiek zdrową tożsamość?

Prof. Ewa Kobylińska-Dehe (w zajmującej rozmowie z Adamem Lipszycem, Andrzejem Lederem i Zbigniewem Kossowskim „Niesamowite w psychoanalizie, niesamowita psychoanaliza”), zwróciła uwagę na upodmiotawiającą funkcję przemocy. Znaczyłoby to tyle, że pełne projekcyjności, przemocowe i mroczne lustro jest pod względem budowania tożsamości rozwojowo lepszym niż brak lustra, „ślepe” lustro czy być może nawet „lustro stroboskopowe” (niestabilne, odbijające na chwilę, urywające kontakt).

Być może o takim lustrze opowiada jedna z najpopularniejszych polskich legend.

Bazyliszek to opowieść o potworze, który zabijał spojrzeniem i przez spojrzenie został unicestwiony. Nie znamy historii traum relacyjnych smoka, ale możemy pokusić się o pewne hipotezy.

Wiemy, że zabijał każdego, kto na niego spojrzał. Przypuśćmy, że tak mordercza nienawiść do obiektu i masywna projekcja, jaka zachodziła między naszym bohaterem a obiektami jego spojrzeń, pochodziła z pierwotnej nienawiści do siebie i własnych wewnętrznych impulsów, nadmiaru nieprzetworzonych bodźców, naporu impulsów niemożliwych do pomieszczenia. Przetrwałej gwałtowności, u której źródła leży brak bycia zawartym przez obiekt.

Opisana katastrofa braku pomieszczania kontynuuje się do końca historii, gdyż widzimy, jak – ostatecznie – próba spojrzenia na siebie samego kończy się dla smoka nieuchronnością rozpadu i anihilacji.

Pomieszczające być może nawet istnieje, ale podmiot nie może przyjąć jego funkcji – jak gdyby musiał rozegrać się dramat na śmierć i życie – przeżyje albo lustro albo patrzący.

Gdyby jednak pomyśleć przewrotnie o tej historii – zobaczymy rozdarcie istoty próbującej spojrzeć na innych, ale niszczącej ostatecznie to, co dobre w sobie i obiektach.

Znamy też inną wersję tej historii, w której spojrzenie w lustro kończy się katastrofą. Tutaj lustro jest źródłem magnetycznej siły, upragnione i zarazem nienawidzone przez bohaterkę baśni „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”.

Być może Bazyliszek był synem z pierwszego małżeństwa macochy królewny Śnieżki, czyli kobiety, która w lustrze upatrywała potwierdzenia własnej doskonałości. Zależna od spojrzenia lustra, w wiecznym niedosycie akceptacji, skazana na fiasko procesu odzwierciedlania – Macocha.

Możemy sobie tylko wyobrazić, jak to jest spróbować stanąć między Macochą a lustrem w momencie próby rozpoznania. Być może jest to uczucie przywołujące wspomnienie wizyty w gabinecie luster, gdzie każde zwierciadło odbija inne, a my doświadczamy uczucia bycia zwielokrotnionymi, a zarazem zawieszonymi w nieskończoności, bez kontekstu i jakichkolwiek bezpiecznych ram.

Taki rodzaj zagubienia i samotności może prowadzić do głębokiej dysocjacji i zawieszenia „ja” w przestrzeni pozbawionej kontekstu i rzeczywistego osadzenia.

To prowadzi w zasadzie do najdramatyczniejszej walki wewnętrznej – nienawiści do siebie w takim stopniu, że każde lustro wydaje się być zagrażające.

Doświadczenie bycia przeszkodą na drodze dwóch luster staje się dramatem pozornej widzialności, ale pozbawionej jakiegokolwiek sensu i zakotwiczenia. Doświadczenie pustki płynące z takiego „przeszkadzającego” położenia jest nieuchronne i anihilujące wszelkie możliwości trzymania.

Idąc dalej – jeśli przyjmiemy, że Bazyliszek próbowałby przeglądać się w oczach matki z tak ograniczoną percepcją obiektów, łatwiej zrozumielibyśmy jego projekcyjną naturę.

Zalewająca wściekłość byłaby odpowiedzią na dramat nie bycia zawartym w bezpiecznym spojrzeniu, a rzutowanie zła na innych – próbą reparacji stałości.

Identyfikacja projekcyjna mogłaby służyć komunikowaniu pragnienia bycia widzianym, nawet jeśli w potwornych odsłonach.

Ostateczna katastrofa Bazyliszka pokazuje porażkę tych zmagań i tryumf nienawiści do jakiegokolwiek odzwierciedlania.

Cały ten dramat rozgrywa się nierzadko na naszych oczach, w gabinetach.

Kiedy widzimy, jak bardzo pacjent musi nienawidzić, żeby nie widzieć siebie. Kiedy atak chroni i osłania przed spojrzeniem. Kiedy ostatecznie czujemy, że nienawiść jest jedyną formą miłości, która może zaistnieć w relacji terapeutycznej.

Mroczne lustro jest lepsze niż ślepe, zawieszone, nieobecne lustro, gdyż obiekt mroczny jest bardziej żywy niż otchłań pustki i próżni. Taki rodzaj obiektualności jest śmiercią zarówno obiektu, jak i poczucia „Ja”,

co pięknie i doskonale mrocznie ukazuje w swoim wierszu „Zwierciadła” Jorge Luis Borges:



Ja, który lękałem się zwierciadeł,
Nie tylko nieprzeniknionego kryształu,
W którym kończy się i zaczyna niemożliwa
Przestrzeń odbić, nie do zamieszkania,

Bałem się przejrzystej wody, która naśladuje
Ten inny błękit w swym niebie głębokim,
Które czasami przekreśla lot złudny
Odwrotnego ptaka lub przebiega drżenie,

Bałem się też milczącej powierzchni
Subtelnego hebanu, którego połysk
Powtarza niby sen białość marmuru
Zmiennego i nietrwałej róży,

Dziś, u kresu tylu lat niepewnych
Włóczęgi pod niestałym księżycem,
Zapytuję siebie, jaka kolej losu
Sprawiła, że lękam się luster.

Lustra metalowe, lustra w masce
Z mahoniu, które we mgle
Swym rudym zmierzchem cieniują
Tamtą twarz patrzącą, na którą się

Widzę je nieskończone, to elementarni
Wykonawcy antycznego paktu,
Którzy mnożą świat niby akt
Rozrodczy, bezsenni i fatalni.

Przedłużają ten próżny świat niepewny
Swą zawrotną pajęczyną;
Czasami o zmierzchu je oplata
Oddech człowieka, który jeszcze żyje.

Śledzi nas kryształ. Jeśli wśród czterech ścian
Mojej alkowy jest zwierciadło,
Nie jestem sam. Jest tu inny. Odbicie,
Co uzbraja o brzasku dyskretny teatr.

Wszystko się zdarza i nic się nie pamięta
W tych kryształowych komnatach,
Gdzie niby fantastyczni rabini
Czytamy książki z prawa na lewo.

Klaudiusz, król jednego wieczoru, król ze snu,
Nie czuł, że był snem aż po dzień,
W którym jakiś aktor odkrył jego zdradę
Sztuką milczącą mima na deskach estrady.


Sny są rzadkie, więcej jest zwierciadeł,
W swoim zwyczajnym, zużytym rejestrze
Dzień każdy nosi w sobie złudny
Świat głęboki, co knują odbicia.


Bóg (można sądzić) jest sprawcą pokątnym
Całej tej znikliwej architektury,
Która buduje światło z blasku
Kryształu i cień z marzeń sennych.


Bóg stworzył noce, które się zbroją
We sny i kształty zwierciadeł,
Aby człowiek poczuł się odbiciem
I próżnością ledwie. Dlatego nas

Komentarze

Popularne posty