Agnieszka Mickiewicz-Kulawik, Nieproszony gość

 


W ostatni piątek marca spotkaliśmy się w Starym Teatrze w ramach cyklu Książka na kozetce rozmawiając o książce Elizy Kąckiej Wczoraj byłaś zła na zielono. Tym razem na kozetce zagościł tajemniczy gość, wzbudzający w nas różne odczucia, którego imię nie padłodo końca książki.

Początek spotkania był skupiony wokół wątku macierzyństwa. Nasze głosy były podzielone niektórzy z nas odnajdywali cząstkę siebie w doświadczeniach i języku narratorki, czując do niej
wsp
ółczucie, inni odczuwali wobec niej silny dystans i złość. Być może to, co budziła w nas lektura, było echem relacji autorki z Rudą – relacji matki i córki, w którą wkradł się nieproszony, nienazwany do końca gość, a może intruz. Ktoś, kogo nie sposób zrozumieć, kto mówi obcym językiem, zaczyna się coraz bardziej panoszyć w dziecku, aż w końcu zabiera je do świata, do którego matka, a także my nie mamy wstępu. Patrząc na to przez pryzmat teorii Frances Tustin, tym intruzem staje się obronna autystyczna kapsuła, nieprzepuszczalna skorupa, w której dziecko szuka bezpiecznego schronienia przed bolesną świadomością istnienia świata zewnętrznego.

Z czasem jednak, podobnie jak autorka, zaczęliśmy odczuwać coraz większą ciekawość wobec nieznanego gościa. Próbując go oswoić dostrzegaliśmy go w sobie i we własnych relacjach, być może karmiąc się nadzieją, że przy odpowiednim wysiłku uda nam się go poznać, a może nawet zmienić.

Niezwykle poruszające były dla nas opisy utraty kontaktu z Rudą i jej stopniowego zanurzania się we własnym, nieznanym dla nas świecie. Świecie, w którym jak ujęłaby to Tustin, nieprzewidywalne, budzące lęk relacje z ludźmi ustępują miejsca dającym złudne poczucie bezpieczeństwa autystycznym obiektom i kształtom, mającym zapełnić „czarną dziurę” i uszczelnić granice własnego ja.

Po ciekawości pojawiły się uczucia związane żałobą – bolesnego godzenia się z tym, że do pewnych rzeczy nie ma już powrotu ( niezwykle poruszające opisy utraty kontaktu z Rudą), a inne mogą nigdy nie nastąpić…

Jedna z uczestniczek podzieliła się refleksją, że książka wzbudziła w niej złość, ale poczuła, że grupa jest przestrzenią, która tę złość „pomieści. To pokazało nam, jak bardzo autorce/matce brakowało pomieszczającej grupy/systemu. A może trudno było jej z niego skorzystać? Przytaczane w książce i podczas spotkania słowa, które usłyszała obnażały system, który zamiast wspierać, traumatyzuje, stygmatyzuje i zawodzi.

Pojawiły się pytania o diagnozę: Czy jest ona narzędziem niosącym ulgę z powodu tego, że coś
zostało nazwane? Czy może staje się etykietą, która wpędza w poczucie winy, szuka winnego i pogłębia izolację?

Zostaliśmy z wieloma znakami zapytania. Autorka usłyszała radę: Napisz o waszych doświadczeniach dostępnie, nie sil się na prozę. O ciężkich sprawach trzeba pisać prosto, nie?.Trudno jednak pisać prosto, gdy sprawy nie są proste. Odczuliśmy to wyraźnie podczas spotkania, w tym jak różne uczucia i myśli wzbudzała w nas ta książka, zależnie lub też niezależnie od naszych osobistych doświadczeń.

Choć podczas spotkania, na chwilę, przyjęliśmy nieproszonego gościa/ intruza do siebie, próbując go z nami zintegrować, wyszliśmy z pytaniem: czy rzeczywiście potrafimy w pełni przyjąć inność? Czy robimy to tylko wtedy, gdy nas to osobiście nie dotyka i jest jedynie gościem, który wiemy, że jest tylko na chwilę, że zaraz wyjdzie?

Zapraszamy na kolejne spotkania z cyklu Książka na kozetce. Już 24 kwietnia będziemy omawiać książkę Elizabeth Strout Mam na imię Lucy.

 


Komentarze

Popularne posty