Jakub Nowak, Dlaczego rodzice nie ratują własnych dzieci przed śmiercią? Rozważania na podstawie serialu „Ołowiane dzieci”.
Pisząc ten artykuł największym problemem jaki napotkałem był problem zdefiniowania i utrzymania jego zawartości (co określiłem później jako stan defragmentacji). Mnogość wątków, która do mnie docierała i domagała się uwagi stawiała przed mną zadanie wyboru jakie z nich pogłębić, o jakich tylko wspomnieć, jakie pominąć. Potrzebowałem domknięcia w jakiejś strukturze. I za cholerę nie mogłem jej ustanowić (rozmycie granic). Zaczynałem więc z różnych miejsc i przeskakiwałem w czasoprzestrzeni. Od Chrztu Polski po współczesną wojnę na Bliskim Wschodzie. Od Freuda do Bollasa. Od doświadczeń jednostkowych do zbiorowych. Gubiłem swoje przewodnie pytanie, na które poszukiwałem odpowiedzi albo poddawałem w wątpliwość czy faktycznie wokół tego pytania chcę snuć rozważania. Zorientowałem się jak trudności, które przeżywałem oddawały to o czym pisałem. W związku z tym, że pozostałem w konflikcie formy między narzucaniem struktury a płynącą rzeką, artykuł przybrał formę melioracji rzeki. Zapraszam nad rzeczne rozkopy.
Trudno było mi wyjść po prostu od pytania, które sobie postawiłem w tytule. Krążyłem poszukując innych początków.
Zdecydowałem się rozpocząć od tytułu „Ołowiane dzieci”. To zestawienie, o którym również trudno było mi pomyśleć. Lita, ciężka, toksyczna substancja, z której produkowane są między innymi akumulatory samochodowe czy amunicja do broni palnej zmieszana z kruchością i żywością dzieci. Pierwszym obrazem jaki przyszedł mi do głowy były ołowiane żołnierzyki- zabawka dla dzieci, popularna w czasach mojego dzieciństwa. Rozdzieliłem tym trujący ołów od dzieci i to co niebezpieczne umieściłem w zabawce. Teraz przypomniałem sobie, że jako dziecko zastanawiałem się dlaczego mój młodszy kuzyn bawi się namiętnie takimi żołnierzykami. Nie mogłem pojąć jak można chcieć się tak bawić, co może być fajnego w wojnie. Miał ponad 500 żołnierzyków, tworzył wielkie pola bitew, rzucał grantami, jeździł czołgami, strzelał, był dowódcą, saperem, zabijał, ginął, wygrywał, przegrywał. Kończył bitwy, wojna trwała. Nie byłem w stanie zaangażować się. On z wypiekami na twarzy bawił się w zabijanie a ja czułem się nudny i pozbawiony życia. Nie mogło być inaczej. Śmierć w tamtym momencie była częścią mojej realności. Mojej i mojej rodziny. Mojego kuzyna również ale była ona nieco dalej od jego bezpośredniego otoczenia. Może dlatego był w stanie inaczej sobie z nią radzić- ekspresyjnie, ja- zapadałem się w sobie. Myślałem pogardliwie, że jest między nami przepaść wiekowa, że nie dogadamy się. Myślę, że mogłem zazdrościć jemu tego, że śmierć go tak nie narusza jak mnie, że może się bawić- być nadal dzieckiem a ja już nie bo jestem w świecie dorosłych, gdzie rzeczy dzieją się naprawdę. Oczywiście wówczas nie byłem ani w świecie dziecka ani w świecie dorosłego, najprawdopodobniej nie mogłem ani myśleć ani zidentyfikować swoich uczuć. Przeszyty doświadczeniem, z którym nie mogłem sobie poradzić samodzielnie. Mój kuzyn strzelał na niby a ja miałem w sobie ołów. Może mógłby być to stan, który dziś próbuję zdefiniować- stan ołowianego dziecka? To w jaki sposób tą sytuację dziś wspominam jest pracą freudowskiego naznaczenia wstecznego w drodze rozwoju aparatu psychicznego, nabywania nowych doświadczeń relacyjnych. Ale wtedy… A co jeżeli stan ołowianego dziecka nie ulegnie opracowaniu w drodze rozwoju i nigdy nie można o nim myśleć? Jak funkcjonuje osoba, która nosi w sobie doświadczenia nie do pomyślenia? Myślę, że odpowiedź znajdujemy w serialu.
Przechodząc do treści, której zwiastun zdaje się właśnie powstał, zadałem sobie pytanie o czym jest ten serial? I tak szło dalej.
„Ołowiane dzieci” to historia o traumach transgeneracyjnych. O traumach wojennych. O tożsamości, jednostkowej i zbiorowej przynależności. O życiu i śmierci. O narcyzmie. O perwersyjnych rozwiązaniach. O fałszywym i prawdziwym self. O identyfikacji projekcyjnej. O żywych. O martwych. O nieobecnych. O budowaniu bezpiecznej relacji. O dojrzewaniu. O odwadze dążenia do prawdy. O ambiwalencji i integracji. O…. Mógłbym wymieniać dalej. Zawartość już staje się zbyt różnorodna i obszerna bym mógł ją ująć w całość, spiąć klamrą a dokonanie wyboru staje się dla mnie uporczywie niemożliwe. Myślę, że ten stan ma wiele wspólnego z tożsamością Ślązaków o czym napiszę później. Wydobywam się poprzez powrót do siebie i tego co we mnie wybrzmiało najsilniej. A we mnie najsilniej w tym serialu wybrzmiało pytanie z tytułu dlaczego rodzice nie ratują własnych dzieci przed śmiercią? Tak postawione pytanie jest oczywiście oskarżeniem ale przez jakiś czas byłem w takim jasnym tunelu rozwiązania, że po prostu robi się wszystko co możliwe a nawet absurdalnie niemożliwe żeby ratować życie dziecka. Są w życiu sytuacje, nad którymi nie zatrzymujemy się wątpliwościami, że coś jest niemożliwe tylko otwieramy furtki i wyważamy drzwi do rozwiązań. Wiemy, że tak trzeba. I to wszystko czego potrzebujemy. A potem zacząłem szukać wyjaśnienia dlaczego ktoś postępuje inaczej, dlaczego tylu ludzi w serialu postępuje inaczej? Dlaczego tylko jedna osoba w serialu myśli podobnie prostymi kategoriami? Nasunęła mi się odpowiedź, że trzeba mieć w sobie żywe obiekty, które przeżywają starcie z rzeczywistością. Jakie zatem obiekty wewnętrzne mogli mieć rodzice chorujących dzieci?
I znów zacząłem pytaniem kim byli ludzie z Targowiska? Serial jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami z lat 70tych na Górnym Śląsku w przemysłowym rejonie Katowic. Historyczne Targowisko to osiedle mieszkaniowe dla hutników i ich rodzin, niemalże przyklejone do także historycznej dziś Huty Metali Nieżelaznych Szopienice. Widzimy wyjałowiony, rdzawo- bury, zamglony krajobraz położnych blisko siebie budynków mieszkalnych na tle masywnych zabudowań huty z jej wysokimi, dymiącymi kominami. Ostre słońce pada na podwórkowe klepiska, po których biegają dzieci. Miliony drobnego pyłu unoszą się pod ich stopami i zagęszczają powietrze. Okiennice przykrywa bury osad, który wymaga codziennego przecierania. Ludzie z Targowiska to rdzenni Ślązacy i przyjezdni, w większości ludzie w średnim wieku, urodzeni w okresie około- wojennym. Co to znaczy być dzieckiem urodzonym w okresie około- wojennym? Co to znaczy być Ślązakiem albo przyjezdnym? Historia rejonu wymaga większej uwagi.
Ze względu na swoje graniczne położenie na mapie Polski, Śląsk był wielokrotnie dzielony i przechodził w posiadanie różnych nacji. Począwszy od X wieku do końca I wojny światowej należał kolejno do: Polski (Piastów), Czech, Habsburgów i Prus. Szczególnie interesujące nas Katowice w czasie zaborów były miastem graniczącym z zaborem ruskim, co do dziś funkcjonuje jako umowny podział na „hanysów” (Ślązaków) oraz „goroli” czyli wszystkich nie- Ślązaków. Po I wojnie światowej Śląsk został podzielony pomiędzy Polskę a Niemcy (Katowice zostały po stronie polskiej). W czasie II wojny światowej cały Śląsk został zajęty przez Niemcy i wcielony do III Rzeszy. Miał strategiczne znaczenie dla nazistowskich Niemiec ze względu na swoje położenie, bogactwo surowców mineralnych i infrastrukturę przemysłową. Huta Szopienice w czasie wojny produkowała amunicję dla Wermachtu. Położenie Śląska stało się przekleństwem dla ludności cywilnej szczególnie u schyłku wojny. Żołnierze Armii Czerwonej, których inwazja ostatecznie poprowadziła do wyzwoleniem spod okupacji hitlerowskiej, dopuścili się zbiorowych i indywidualnych gwałtów, grabieży i zniszczeń również na śląskich cywilach, co po wojnie zostało okryte milczeniem.
Po zakończeniu II wojny światowej nastąpił proces wysiedlania Niemców z terenów Polski. Dla Ślązaków był to kolejny dramatyczny okres. Kto chciał pozostać musiał udowodnić przed komisją, że jest Polakiem. Brano pod uwagę dokumenty, znajomość języka polskiego, opinię sąsiadów. Tożsamość narodowa była oceniana przez urzędników i arbitralnie nadawana lub kwestionowana.
W ciągu 150 lat ta sama rodzina śląska zmieniła państwo 4- 5 razy, używała różnych języków, była zmuszana do zmiany tożsamości, doświadczała sprzecznych lojalności. Wojna rozcięła rodziny, których członkowie często walczyli przeciwko sobie na froncie nie mając tego świadomości. Mamy zatem region ze złożoną tożsamością, niejednoznacznymi historiami, silnym napięciem wokół pytania „kim jesteśmy”, milczeniem na temat przeszłości. W głębi możemy spodziać się silnego wstydu i poczucia winy.
Im więcej czytałem i myślałem o Śląsku, tym bardziej rozlewałem się po zagadnieniach, utykałem w któryś z nich, który miał kolejne i kolejne. Każdy ważny, warty uwagi. Wypuszczałem się myślami coraz dalej i dalej i wpuszczałem do siebie coraz więcej i więcej. Byłem jak Górny Śląsk ze swoimi ruchomymi granicami. Nie nadążałem metabolizować tego co do mnie docierało. Zacząłem odczuwać nadmiar, przytłoczenie, zniechęcenie. A potem znów wracałem z jakąś elektryzującą energią. Temat wojny nieustannie kładł mnie na łopatki. A potem znów powrót energii. Pomyślałem jak cienkie są granice między budowaniem a uśmiercaniem. Gubiłem rozeznanie, po której stronie jestem. Na którym froncie, na czyich usługach jest moja energia- życia czy śmierci? Chcąc przekuć swoje żywe myśli i uczucia w artykuł zacząłem obżerać się wszystkim co mogłem w tym temacie. I puchnąć chciwością i zachłannością żeby to wszystko ogarnąć, poskromić, pomieścić całą historię Śląska, Polski, świata! Ołowica, śmierć dzieci, huty, kopalnie, zanieczyszczenia, wojny, życie pod zaborami, znów wojny, przemoc na ludności cywilnej, gwałty, egzamin z tożsamości, dzieci obleczone w za duże mundury, martwi rodzice. Człekokształtne hybrydy, monstra, żywe trupy, coraz więcej dziwacznych stopów… jak o tym myśleć? Byłem bliski podlania wszystkiego keczupem i zrobienia uczty. Zupa w wazie z pękniętej głowy. Stop! Czemu? To nie zabawa ołowianymi żołnierzykami? Znów jestem w pokoju kuzyna. Ale moja zabawa jest jakaś inna… przypominam serialowego „Dextera” albo filmowego „Jokera”. Nie o to mi chodziło. Wojna rozsadza głowę. Trauma rozsadza głowę.
Trauma- wtargnięcie bodźców do wewnątrz w wyniku przerwania powłoki obronnej. Bodźce pozostają w formie wrażeń zmysłowych, ich ilość i natężenie uniemożliwiają ich związanie, czyli przetworzenie poprzez aparat myślowy w postrzeżenie. Bodźce ulegają zlepieniu i poprzez skojarzenie z doznaniem z zewnątrz mogą ulegać aktywacji wywołując stan paniki. Z definicji trauma powstaje w wyniku wystąpienia dwóch wydarzeń. Pierwsze jest rzeczywistym zdarzeniem lub fantazyjnym i istnieje w wyparciu, drugie wydarzenie stanowi potwierdzenie pierwszego. Nie ulega wątpliwości, że ilość, masywność, przewlekłość zdarzeń w postaci licznych cięć nożem po mapie Śląska, tożsamościowego tyglu i przede wszystkim wojny, są jak najbardziej okolicznościami traumatycznymi dla tego regionu.
Serialowi rodzice to dzieci urodzone w okresie około- wojennym. Jak mógł wyglądać początek ich życia? Okres ciąży, narodzin, pierwszych miesięcy? W serialu widzimy ich w roli rodziców, małżonków, pracowników, obywateli. Na całość ich życia składa się praca w hucie, władze- partia, której zawierzają swój dobrostan i rodzina. Tworzy to swego rodzaju zamknięty i sztywny system, powiązanych lub sklejonych ze sobą obiektów. Huta, której początki sięgają XIX w., zmieniała patronów na przestrzeni lat podobnie jak Ślązacy. Ziemie śląskie, bogate w złoża cynku i ołowiu były obiektem pragnień wizjonerów i paliwem dla imponującego rozwoju gospodarczego. W serialu, nie zasobne ziemie lecz huta jest przedstawiana przez lokalne władze partyjne jako centrum wokół którego budowane jest znaczenie, uznanie i poszanowanie dla Śląska. Bastion, potęga gospodarcza w skali międzynarodowej. Reprezentacyjny obiekt. Powszechne pragnienie rozwoju werbalizowane przez włodarzy jest jednak blisko urazy i upokorzenia, jakby gdzieś wewnątrz siebie klęczeli na kolanach. Próba oderwania się od tego wewnętrznego stanu- tyrana przeradza się w maniakalną próbę wyskoku ponad wszystkich, gdy filtry z kominów są w ukryciu zdejmowane by zwiększyć cug powietrza i tym samym poprawić wydajność huty. Zanieczyszczenie, w którym żyją rodziny staje się jeszcze większe a najbardziej narażone na ołowice dzieci zaczynają chorować i umierać. Nie staje się to jednak przyczynkiem do refleksji i zastopowania. Słychać głos starszyzny z Targowiska „śmierć zawsze tu była”. Gdy miejscowa lekarka Jolanta Wadowska- Król diagnozuje ołowice u dzieci i nagłaśnia problem staje się niewygodnym świadkiem skorumpowanego, przemocowego układu. Rozpoczyna się walka o prawdę w świecie gdzie rzeczywistość jest wytworem pisanym na kolanie a jej autorzy śmieją się nam w twarz. Walka o przywrócenie podstawowego porządku. Walka o życie. Stajemy się świadkami procesu opracowywania zamrożonego dotychczas, zbiorowego, traumatycznego doświadczenia, które przejmuje teraźniejszość prawem przymusu powtarzania. Wadowska pełni rolę żywego świadka i jednocześnie kontenera dla buchających stanów. W tym serialowym procesie możemy rozpoznać wiele elementów z pracy psychoterapeutycznej.
Serialowi rodzice, przez długi czas, nie są zdolni do podjęcia działania. Nie są zdolni do analizy sytuacji. Do przytomnego myślenia. Krążą niczym lunatycy między władzami huty a Wadowską. Małżeństwa hutników nie rozmawiają między sobą. Mężczyźni są ślepo posłuszni władzom partyjnym lub są przez nich szantażowani. Kobiety są ślepo posłuszne mężom. Choć widzimy je również jako działające niezależnie od ich woli, choć w ukryciu. Wytrwałość i siła hutników, energiczność i siła ich żon zdaje się nie mieć odzwierciedlenia w ich kondycji wewnętrznej. Potrzebują zewnętrznych postaci jako posiłkowego ego.
Ten stan widzę jako posttramatyczną defragmentację self, która była zawarta w układzie huta- Targowisko. Systematyczny rozwój społeczno- gospodarczy, który następował od czasu zakończenia wojny, pobudzał jednocześnie nieopracowane psychotyczne części dążące do jego zablokowania. Powstał sztywny, skorumpowany układ, gdzie jedna cześć więziła drugą. Z czasem zaczęło dochodzić do ich rozdrabniania i zmieszania ze sobą w taki sposób, że nic nie mogło być już zobaczone tym, czym było pierwotnie (stan ołowianego dziecka). Zanieczyszczenie rozprzestrzeniało się i zakażało kolejne zdrowe części. Zasoby mineralne w ziemiach śląskich, które otworzyły drzwi do rozwoju, w efekcie przetwarzania w hucie, zaczęły uśmiercać dzieci. Drogą rozwiązania dla masywnej zbiorowej traumy stała się perwersja.
Znów słychać głos starszyzny z Targowska „huta to my!” To już proces integracji. Hutnicy identyfikują swoje pokawałkowane części rozrzucone w otoczeniu. Okrutny, dziki tyran to oni. Kruche, żywe i zaniedbane dzieci z wykrzywionymi, pokracznymi ciałami to też oni. Bierni, nieobecni rodzice to też oni. Przeszłość kładzie się cieniem na kolejnym pokoleniu. Hutnicy spłacają długi swoich rodziców, dziadków, ich dzieci spłacają ich długi. Zatrzymanie tej „klątwy” wymaga powrotu do miejsca, w którym doszło do traumy. Zakłada ból, przed doświadczeniem, którego chronił układ zawarty z hutą. Hutnicy przy pomocy żywej obecności Wadowskiej osiągają wewnętrzną integrację. W efekcie są w stanie zaufać sobie nawzajem i zjednoczeni w małżeństwie i grupie wynegocjować nowe mieszkania z dala od zabudowań huty.
Założyłem wcześniej, żeby móc mieć przed sobą jasne rozwiązanie w trudnych sytuacjach życiowych, trzeba mieć w sobie żywe obiekty, które wytrzymają starcie z rzeczywistością. I udzielając odpowiedzi, jakie obiekty wewnętrzne mieli rodzice chorujących dzieci, to myślę, że nie tyle brakowało im żywych wewnętrznych obiektów co stan defragmentacji był przyczyną braku działania i niezamożnością sięgnięcia po nie. Ostatecznie hutnicy okazują się być w stanie zaufać Wadowskiej, przyjąć własną destrukcyjną część oraz tą która potrzebuje pomocy i z tej pomocy skorzystać, co nie byłby możliwe gdyby nie mieli w sobie doświadczenia żywego obiektu.
Kraków, maj 2026


Komentarze
Prześlij komentarz